wtorek, 24 listopada 2020

Co tak pachnie? Kringle Candle Snowy Bridge | Recenzja

 




 Listopad już idzie ku końcowi, dlatego przychodzę do Was dziś z opinią o zimowej nowości od Kringle Candle. Przyznam się, że wybierając zapachy na sezon jesienno-zimowy miałam spory problem, ponieważ tegoroczna oferta świec Country i Kringle jest naprawdę bogata i trudno było mi się zdecydować. Raz chciałam coś słodkiego, raz otulającego, a innym razem marzył mi się zapach choinki. Ostattecznie dokonałam (właściwego!) wyboru i opiszę Wam pokrótce jeden z nich, czyli Snowy Bridge.

Nie będę ukrywać, że wybrałam go trochę oczami. Klasyczny prosty słój, elegancki biały wosk i ta cudowna, zaczarowana etykieta, no nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Prezentuje się ślicznie i uwierzcie...jest prawdziwą ozdobą, gdy się pali. 




Zapach Snowy Bridge to według mnie drzewno- dymny zapach z eleganckim, kremowym tłem i odrobiną zimowego, mroźnego powietrza. Czuć na pewno drzewa, iglaki, trochę drewna palonego w kominku, ale nie jest to jednoznaczny zapach, który można przyporządkować jednej kategorii. Snowy jest jednocześnie zimowy, z racji wyczuwalnego chłodnego powietrza, a jednocześnie kremowy i otulający za sprawą dodatku słodkiej wanilii i paczuli. Świetna kompozycja, która mi osobiście przypomina mieszankę Cozy Cabin i First Snow. Jeśli lubicie któryś z tych zapachów, to śmiało kupujcie tą nowość. 

Snowy na tyle mnie zauroczył, że jest moim ulubieńcem ostatnich tygodni. To zdecydowanie najczęściej odpalany zapach w moim domu w ostatnim czasie. Muszę trochę przystopować, bo już jestem chyba w połowie słoja. Bardzo przypadł mi do gustu. Na wielki plus jest także moc, która nie jest na tyle męcząca, by po chwili mieć dość, a jednocześnie nic jej zarzucić nie można. Rozpalanie, wiadomo...jak to przy dwuknotowych świecach- bezproblemowe. Ten zapach to mój dotychczasowy faworyt znowości Kringla

Zapach kupicie na stronie dystrybutora KRINGLE

środa, 23 września 2020

Co tak pachnie? Country Candle Pumpkin Frosting | Recenzja

 


 Mamy jesień, czas  wieczorów spędzonych  pod kocem z kubkiem gorącej herbaty. Świece towarzyszą nam teraz częściej i dłużej. Cieszymy się przytulną atmosferą i wreszcie możemy złapać oddech od upałów. Na grupach świecomaniaków jesień ewidentnie kojarzy się z dyniami. To one grają pierwsze skrzypce wśród top zapachów na jesień. Mam wrażenie, że aromaty dyniowe wyparły kultowe jabłko z cynamonem, które przez lata kojarzyło się najbardziej z tą porą roku. Ja zawsze twierdziłam, że "dyniowa" nie jestem, nie podchodziły mi zapachy wytrawnej dyni i zwykle mój nos odrzucał takie woski i świece. Tej jesieni mam jednak aż trzy dyniowe świece i lubimy się bardzo. Jak się do nich przekonałam? Wiem, że musi to być dynia w wersji deserowej, czyli słodkości mają grać pierwsze skrzypce.

Jakiś czas temu zachciało mi się właśnie czegoś jednocześnie słodkiego i jesiennego. Pamiętam, że dużo osób na grupie bardzo mi polecało Pumpkin Frosting. Gdy tylko była okazja, skusiłam się na duży słój i ...przepadłam! To jest to czego szukałam! Taką dynię to ja mogę palić niemal codziennie!

 


Głęboko słodkie i bogate akordy dyniowe z obfitymi nutami wanilii, gorącego karmelu i kakao.

Jesienna Edycja Limitowana 2019

NUTY ZAPACHOWE: 

Nuty górne: Dynia, Kremowy Lukier

Nuty środka: Wata cukrowa, Wanilia

Nuty dolne: Anyż

Pumpkin Frosting pachnie przede wszystkim słodko. Tutaj nie znajdziecie ciężkich przypraw, wytrawności, liści, jabłek itp. To świeca, która pachnie dokładnie tak, jak możemy sobie to wyobrazić po jej etykiecie. Biszkoptowe babeczki z waniliowym kremem, z odrobiną słodkiego lukru z dyniowym tłem. Czyli jest bardzo słodko, aromatycznie, deserowo. Otwierając wieczko świecy ma się ochotę ją zjeść, a nie zapalić. To typowo jedzeniowy zapach, w sam raz dla łasuchów. Mnie osobiście świeca odrobinę przypomina Vanilla Cone z Kringle Candle, mam wrażenie, że ten sam zapach wafelków waniliowych jest gdzieś przemycony do Pumpkin Frosting. Jest to jedna z najpiękniejszych dyńkowych świec, jakie miałam okazję przetestować, a poza tym jej wygląd również sprawia, że palenie tej świeczki to czysta przyjemność. Zarówno apetyczna etykieta, jak i kolor wosku idealnie wpisują się w jesienne aranżacje i umilają coraz to dłuższe wieczory.

Moc znakomita, czułam ten zapach po zgaszeniu jeszcze przez wiele godzin. Rozpalanie super, jak to przy dwóch knotach. Póki co nie kopci, ani nie odbarwia się, mogę ją z czystym sumieniem polecić. Jeśli nie znacie, a szukacie czegoś słodkiego na jesienne wieczory, to polecam. 

Zapraszam też po inne jesienne zapachy na stronę KRINGLE

Zaglądajcie też na mój Instagram, tam do wygrania będzie duża świeca :-))))

środa, 2 września 2020

Co tak pachnie? Country Candle Peppermint Kiss | Recenzja

 Za oknem już wrzesień a ja mam dla Was dziś recenzję zapachu, który niczym wróżka przeniesie Was w świat dzieciństwa, słodyczy i z pewnością spodoba się fanom całorocznych, słodko-orzeźwiających zapachów.

Kolejną moją propozycją na najbliższe tygodnie będzie zapach Peppermint Kiss od Country Candle. Nie jest to zapach najnowszy, od jakiegoś czasu jest w ofercie na stronie dystrybutora KRINGLE

 Dzięki odrobinie cierpkiej mięty pieprzowej, delikatnych cytrusów, słodkiego cukru i ciepłej wanilii -  Peppermint Kiss tworzy odurzającą mieszankę, która nie da o sobie zapomnieć.



 

Jest to jednak limitka, dlatego jeżeli po przeczytaniu mojego wpisu poczujecie, że macie ochotę go spróbować, to spieszcie się, bo może wkrótce być ciężko dostępny.

Na początku warto zwrócić uwagę na wygląd świecy. Jako zapach limitowany występuje wyłącznie w formie dużego słoja, niestety nie znajdziemy go w woskach, daylightach itp.  Duży słój prezentuje się uroczo, dziewczęco i "słodko". Prześliczny pastelowy kolor wosku nasuwa nam na myśl, że ten zapach będzie miał sporo słodyczy w sobie. Etykieta podpowiada, że mamy o czynienia z zapachem nie tylko słodkim, ale też świeżym, rześkim i niebanalnym. Uważam, że naklejka wraz z delikatnie różowym woskiem może (ale nie musi!) być idealnym prezentem do pokoju dziewczyny/nastolatki/kobiety. Sama wiem, jak bardzo spodobał się mojej nastoletniej córce!


 

Sam zapach jest niesamowity! Peppermint Kiss pachnie dosłownie jak lodowe cukierki z dawnych czasów. Wiecie, takie landrynki kupowane w szeleszczących woreczkach. Co za wspomnienie dzieciństwa! To nie jest zapach miętowych cukierków, tylko właśnie tych lodowych, znanych po nazwą "ICE". Czyli w tej świecy spodziewajcie się mnóstwa cukru i świeżości jednoczenie. Nie umiem wybrać czego jest więcej, po prostu proporcje słodyczy i  mięty są idealnie wyważone. Według mnie to całoroczny zapach, na pewno znajdzie swoich zwolenników, nie tylko wśród fanów "jedzeniówki", ale też wśród tych, co lubią zapach przenoszące ich do przeszłości, lat dzieciństwa itp. Ja uważam, że Peppermint Kiss będzie doskonale komponował się z obecną aurą, kiedy jeszcze nie chcemy odpalać zapachów typowo jesiennych (dyni, jabłek, przypraw), a już chce nam się czegoś trochę bardziej słodkiego niż np wytrawna mięta.

Jeśli jesteście ciekawi mocy tej świecy, to ostrzegam, to totalny killer zapachowy! Odpalam na maksymalnie godzinę i gaszę, w tym czasie zapachem wypełnia się całe moje prawie 100 metrowe mieszkanie. Jest moc!!! Nie obawiajcie się, że jej nie poczujecie, idealnie się rozpala i póki co (na szczęście!) wosk brzydko nie odbarwił się, czego bardzo bym nie chciała.


 

Zapraszam Was na stronę https://www.kringle.pl/ 

Zerknijcie co mają ciekawego, a na pewno znajdziecie coś dla siebie. Jeśli nie możecie pozwolić sobie na dużą świecę, lub nie chcecie wydać kasy na zapach, który Wam nie odpowiada, to zachęcam do wypróbowania zapachów w woskach i daylightach. To świetna alternatywa na początek zapachowej drogi.

Kolejna recenzja to będzie coś dla fanów słodkich wypieków, w totalnie jesiennych klimatach. Wypatrujcie i wpadajcie na mój Instagram -> https://www.instagram.com/malwinaczyta/?hl=pl

Do wygrania będzie Peppermint Kiss -)))) 

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Co tak pachnie? Kringle Candle On Fleek | Recenzja

 

 Nie lubicie jedzeniowych zapachów w świecach? Szukacie odmiany od klasycznych aromatów wanilii, owoców czy kwiatów? Zależy Wam na eleganckim designie i niecodziennej kompozycji zapachowej w Waszym wnętrzu? Oto seria Boujee, nowość na rynku świec zapachowych, elegancki wygląd, blend wosku sojowego z parafiną i przepiękne, mocne zapachy. 

W moje ręce wpadł zapach On Fleek. Miałam spory problem, by się zdecydować na jeden zapach, tym bardziej, że kompozycje serii Boujee są bardzo nieoczywiste. Tak naprawę średnio wiedziałam czego się spodziewać. Producent ten zapach opisuje tak : Uzupełnij swój nieskazitelny wygląd zapachem, który jest tak samo świeży jak - złota gruszka, białe piżmo i wiciokrzew. To wszystko łączymy razem, aby uzyskać  nasz "top of the top" wśród świec.  No i skusiła mnie ta złota gruszka, piżmo, dodatek kwiatów. Wyobrażałam sobie, że to będzie bardzo wakacyjny, lekki i niezobowiązujący zapach. Kiedy przyszła paczka i otworzyłam wieczko, okazało się, że zapach przypomina mi coś całkowicie innego. Był lekko męski, trochę roślinny, trawiasty, koloński. Bardzo przyjemny na sucho, ale całkiem inny od moich oczekiwań. Nie czekałam zbyt długo i odpaliłam On Fleek. I muszę przyznać, że to zapach kameleon. W paleniu znika jego "męskość", a pojawiają się obiecane akordy słodkiej gruszki i wiciokrzewu. Nadal czuję roślinne tło i trochę przypomina mi to  mój ukochany "Moonlight " Yankee Candle. 

On Fleek jest niesamowicie eleganckim i mocnym zapachem. Nie obawiajcie się o brak mocy, on daje naprawdę czadu! Wypełnia całkowicie moje mieszkanie, a po dłuższym paleniu staje się aż za mocny. Zwykle odpalam go na max godzinkę, po czy gaszę a zapach unosi się jeszcze długo...

Rozpalanie oczywiście bezproblemowe. Trzy knoty i dodatek wosku sojowego sprawiają, że w basen robi się momentalnie. Jedyny minus jest taki, że szybko tych świec ubywa. Za mną 4 palenia i nie mam już połowy.

Warto zwrócić uwagę także na śliczne opakowanie. Wytworny granat i złote dodatki idealnie wpasują się w styl klasyczny i glamour. U mnie w sypialni prezentuje się znakomicie. Już Wam wspominałam, że uwielbiam tumblery :-) A w takim wydaniu, to już w ogóle :-)))

Zapraszam Was na stronę KRINGLE CANDLE 

Znajdziecie tam ten i wiele innych zapachów z serii Boujee i nie tylko. Pamiętajcie także o konkursie na moim Instagramie, taka sama świeca będzie do wygrania. Warto zaglądać i być obserwatorem.  A już wkrótce przetestuję dla Was trochę bardziej "słodkie" świece, jedna jeszcze w letnim a druga już w jesiennym klimacie.

wtorek, 11 sierpnia 2020

Co tak pachnie? Kringle Candle Zen Flower \ Recenzja

 Lato w pełni...a ja dziś przychodzę do Was z recenzją nowości od marki Kringle Candle. Seria ZEN to dwanaście zapachów inspirowanych naturą, w przepięknej szacie graficznej, w formie trzyknotowego tumblera.Odkąd kupiłam rok temu świece w Bath & Body Works, to taki format świec niezwykle mi odpowiada. Jestem więc bardzo na tak, że marka Kringle doczekała się takich świetnych nowości. 



 

Mój zapach to Flower, producent opisuje go jako kwiatowo-owocowy i ja nie mogę się nie zgodzić. Pierwsze co wyczułam po uchyleniu wieczka, to nuty melona i ogórka, za którymi zwykle nie przepadam, ale w tej kompozycji bardzo mi odpowiadają. Flower pachnie jak subtelne dziewczęce perfumy, albo bardziej jak jakaś ekskluzywna mgiełka zapachowa do ciała. Faktycznie czuć kwiaty, różę, piwonię, bez, a także nuty owoców, jabłka i melona. W tle wyczuwam także trochę zielonych akcentów roślinnych i delikatną słodycz. To naprawdę udane zestawienie.

Całość nie jest zbyt słodka, ani zbyt kwiatowa. Uważam, że w tej świecy nuty zapachowe są doskonale wyważone. W ogóle nie przeszkadza mi wspomniany wyżej melon i ogórek, bo pięknie wtapia się z aromatem kwiatów i piżma . Zapach naprawdę świetny na wiosnę i lato, oczywiście będzie miał także swoich zwolenników przez cały rok. Z przyjemnością go teraz odpalam, uwielbiam klimat jaki daje ta świeca, oraz to, że swoim wyglądem stanowi sama w sobie piękną dekorację mieszkania.

 

Na koniec wspomnę o mocy i rozpalaniu świecy.Oczywiście jak to w przypadku obecności trzech knotów nie ma tu mowy o trudnościach w paleniu. Świeca rozpala się błyskawicznie, po max 40 minutach palenia mamy piękny basen. Płonienie mają czyste i jasne światło, szkoda ,że te tumblery wypalają się tak szybko (producent pisze o około 45 godzinach palenia). Moc super. Po kilku minutach zapach Flower rozszedł się po pokoju, gdzie był odpalony, a po niecałej godzinie czuć go było w całym mieszkaniu. Nie musicie się obawiać o słabą moc i że wydane pieniądze będą wyrzucone w błoto. Kupując ten zapach macie pewność, że wasz dom będzie wspaniale pachniał niemal od pierwszej minuty palenia.

Jestem oczarowana nowościami marki Kringle Candle. Na oku mam jeszcze serię Farmhouse, zapraszam Was także do śledzenia tych i innych produktów marki. A już wkrótce kolejne recenzje, będzie coś trochę tajemniczego, świeżego, a bliżej jesieni coś dyniowego :)))

Wpadajcie też na mój profil na Instagramie, będą do wygrania świece od Kringle Candle, m.in. ta która Wam dziś przedstawiłam :)))

https://www.instagram.com/malwinaczyta/?hl=pl

wtorek, 25 lutego 2020

Alex Sinclair "Szóste piętro" | Recenzja



Thrillerów u mnie pod dostatkiem, a i tak za każdym razem, gdy widzę jakąś nowość z tego gatunku, to nie mogę się doczekać, kiedy ją przeczytam. Tak już mam i nic na to nie poradzę. Gdy na blogu mojej koleżanki zobaczyłam zapowiedź "Szóstego piętra" byłam tak mocno zaciekawiona, że po prostu musiałam sięgnąć po tę książkę.
Tajemnicze zaginięcie dziecka w wieżowcu, zdesperowana matka, szaleńcze poszukiwanie. To zdecydowanie moje klimaty!

Erica wraz ze swoją córeczką Alice wjeżdża na ostatnie pięto wieżowca, by odebrać z mieszkania byłego męża ulubioną maskotkę dziewczynki.  Ma być to ich ostatnia wizyta w tym miejscu przed zmianą miejsca zamieszkania. Podczas jazdy windą staje się nagle coś dziwnego. Winda zatrzymuje się, gasną światła a drzwi lekko uchylają się. Przerażona Erica nie wie nawet kiedy jej mała córeczka jakimś cudem wydostaje się z windy. Kiedy winda znów rusza kobieta zdaje sobie sprawę, że jej dziecko wysiadło gdzieś samo na szóstym piętrze, a ona nie zdążyła zareagować. Erica wysiada i szybko udaje się na piętro, gdzie ostatni raz widziała dziecko. Wydaje się jej, że odnalezienie  Alice to kwestia kilku minut, bo przecież dziewczynka nie może rozpłynąć się w powietrzu. Czy aby  na pewno? Kiedy namierzenie dziewczynki staje się coraz trudniejsze, Erica wpada w panikę, a poszukiwania stają się dramatycznym wyścigiem z czasem.

Ja się przyznaję, że po opisie już wiedziałam, że to książka zdecydowanie dla mnie. Bardzo lubię tego typu zagadki, zaginięcia dzieci, zdesperowanych rodziców, no i siatkę tajemnic i intryg wokół. "Szóste piętro" czyta się naprawdę błyskawicznie, akcja jest tak wartka, że nie sposób odłożyć jej na bok. Każda strona przynosi czytelnikowi nowe emocje, oraz sprawia, że mętlik w głowie zagęszcza się jeszcze bardziej. Co się stało z małą Alice? Kto mówi prawdę, a kto okaże się kłamcą? Czy ta historia będzie miała swój happy-end? Odsyłam Was do lektury!
Z racji tego, że książka nie jest gruba, to czyta się ją dosłownie w momencie, jest to idealna propozycja na jeden wieczór. Gwarantuję, że nie odłożycie jej dopóki nie dowiecie się całej prawdy. Mnie zakończenie nie zaskoczyło, czytam na tyle dużo thrillerów, że mniej więcej za połową książki zaczęłam domyślać się zakończenia. Nie uważam jednak, że to jakiś minus, po prostu fani tego typu literatury mogą być przygotowani na takie rozwiązanie zagadki. Nie miej jednak uważam ten tytuł za godny polecenia. Czytałam z prawdziwą przyjemnością, a teraz książka ląduje na półce mojej nastoletniej córki, bo jest napisana tak przyjemnie, bez wulgaryzmów, że postanowiłam dać jej do poczytania.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Co tak pachnie? Steamed Vanilla Milk | Recenzja

Znów dziś o zapachach, ale tym razem przedstawię świecę, która idealnie pasuje do zimowego wieczoru z książką i kocykiem. Gotowi? To zaczynamy!

Zimowa kolekcja Yankee Candle liczyła sobie m.in. cztery zapachy limitowane, są to:  Steamed Vanilla Milk, Alpine Morning, Alpine Mint oraz Christmas Clebration. Jakoś od samego początku moją uwagę przykuła pierwsza z nich. Jak zaczęły pojawiać się w sieci pierwsze opinie, tym bardziej byłam przekonana, że ten zapach będzie doskonałym umilaczem moich zimowych wieczorów.




Jak pachnie? 
Jak prawdziwe ciepłe mleczko! Takie świeże, pyszne. Ja w tle czuję także waniliowe ciasteczka. Po prostu wąchając tę świeczkę czuję ciepłe mleko zagryzane waniliowymi słodkimi ciastkami. Zapach jest naprawdę błogi, jest ideałem na zimne wieczory, jako umilacz podczas czytania ulubionej książki. Jest słodki, ale nie przesłodzony,subtelny, ale nie wyraźnie wyczuwalny. Przede wszystkim ja polubiłam ten zapach za uniwersalność. Myślę, że spodobałby się sporej ilości osób. Nie jest drażniący, raczej łagodny i otulający. Dla fanów delikatnej słodyczy będzie to strzał w dziesiątkę.

Czy jest mocna?
Na tyle ile trzeba. Co to oznacza? Że nie jest świecowym killerem, nie jest dusząca, nie powoduje migreny, złego samopoczucia. Ale nie musicie się też martwić, że nie poczujecie jej zapachu. Pomimo swej kremowości i łagodności, zapach Steamed Vanilla Milk jest doskonale wyczuwalny w pomieszczeniu. Moc  sprawdzałam w 20 metrowym pokoju. Na dużo większych przestrzeniach może stanowić jedynie tło. Daję jej 7/10.

Jak się pali?
Dla mnie bez zastrzeżeń, chociaż słyszałam opinie, że świeca kopci. Ja nic takiego nie zauważyłam, i dobrze, bo nie cierpię okopconych ścian i lampionów, w których palę :-)
Basen osiąga szybko, właściwie wspomagana tylko Illumą. Płomień podczas palenia był jasny i czysty.

Komu polecam?
Przede wszystkim miłośnikom słodkich aromatów. Jeśli lubicie Yankowe zapachy takie jak: Christmas Cookie, Snowflake Cookie, Vanilla Cupcake czy Cream Colored Ponies to jest to zdecydowanie świeca warta wypróbowania. Odradzam osobom, które na widok ciepłego mleka odwracają głowę .
Mnie osobiście bardzo się podoba, palę ją od grudnia i nadal cieszę się jej otulającym zapachem.

Dziękuję Grupie Zachodniej za możliwość testowania świecy.

piątek, 27 grudnia 2019

Co tak pachnie? WoodWick Rosewood | Recenzja

Dziś przedstawię Wam na blogu świecę marki WoodWick. Jest to marka, którą znam już jakiś czas, ale tego formatu świecy, ani tego zapachu nigdy wcześniej nie miałam okazji palić.
WoodWick charakteryzuje się przede wszystkim specyficznym, drewnianym knotem oraz woskiem, który jest mieszanką soi i parafiny. Jeśli lubicie odgłos trzaskającego drewna, chcecie wprowadzić nastrój w mieszkaniu i nie przeszkadza Wam dźwięk palącego się knota, to ja mogę śmiało Wam tę markę polecić.





Muszę jednak wspomnieć, że do tej pory świece WoodWick'a miałam w formie klasycznego słoja. Tym razem jednak przyszła do mnie taka oto świeca, w przepięknym podłużnym opakowaniu, tzw. "łódka". Miałam lekkie obawy, że może mieć problem z rozpalaniem, ale okazały się zupełnie niesłuszne.




Zacznę od tego, że zapach Rosewood zaliczę do jednego z najbardziej kobiecych, jakie miałam. Elegancki, pudrowy, kwiatowy, nie męczący, a jednocześnie bardzo dobrze wyczuwalny w pomieszczeniu. Chociaż w nutach zapachowych występują owoce, tj. śliwki czy mandarynki, to mój nos zdecydowanie najbardziej wyczuwa tu różę oraz bardzo kremowe, kobiece tło, które zapewne tworzy drzewo cedrowe, piżmo i bursztyn. Możecie sobie więc wyobrazić jak niesamowicie harmonijny i doskonale wyważony jest ten zapach. Nie jestem zwolenniczką zapachu czystej róży, bo jest dla mnie zbyt dusząca, ale w Rosewood jest ona złagodzona i nie powoduje uczucia znużenia tym zapachem.




 Rosewood okazał się bardzo trafionym zapachem, pasuje na właściwie każdą porę oku i okazję, chociaż zdaję sobie sprawę, że dla przeciwników kwiatowych zapachów, może on być nużący i zbyt intensywny. Na moc naprawdę nie można narzekać, palącą się świecę było czuć nie tylko w pomieszczeniu, gdzie stała, ale także w całym korytarzu, a nawet na klatce schodowej! Jestem pod wrażeniem też tego, jak pięknie wypalała się ta forma świeczki. "Łódka" okazała się być ideałem w paleniu. Wosk błyskawicznie się roztapiał,nie tworząc tunelu, knot nie kopcił, świeca pięknie wyglądała i tworzyła niesamowity nastrój. Jestem zakochana!
Warto wypróbować nie tylko sam zapach Rosewood, ale także właśnie taką nieco inną formę świecy. Stanowi ona prawdziwy element dekoracyjny, no i tworzy mega klimat :-)))

środa, 2 października 2019

Co tak pachnie? Yankee Candle Ciderhouse | Recenzja

                  Yankee Candle CIDERHOUSE

 Nuty górne: jabłko Fuji, złocisty miód

Nuty środkowe: pałeczka cynamonu, goździk, gałka muszkatołowa
Nuty dolne: drzewo sandałowe, ziarna tonka, ziarna wanilii





Czy wiecie jaki jest najbardziej charakterystyczny zapach kojarzący się z jesienią? Jabłko z cynamonem! Nie tylko dla mnie, ale także dla moich znajomych to właśnie jabłko z przyprawami kojarzy się najbardziej z jesiennymi aromatami.


Zamarzył mi się teraz właśnie taki zapach,ciepły, kojarzący się z przytulnym domem i pachnącą szarlotką dopiero co wyjętą z piekarnika. Ciderhouse nie jest do końca takim typowym klasykiem, ale uwierzcie mi na słowo, to niesamowicie apetyczny zapach.



Kiedy otworzyłam karton ze świecą, nie do końca wiedziałam czego mam się spodziewać. Chciałam aby w tym zapachu pierwszy plan grało jabłko, a dopiero gdzieś w tle wyczuwalne były przyprawy. Nie chciałam aby cynamon był bardzo nachalny,ponieważ jak wiadomo nie każdy jest jego miłośnikiem. Moi domownicy wolą mniej przypraw, a więcej słodkości w świecach.
Od pierwszego powąchania wiedziałam, że to jest to czego szukałam, a nawet więcej. W Ciderhouse nie tylko czuję jesienne jabłko, ale także wiśnie. Dla mnie jest to zapach kompotu jabłkowo-wiśniowego z odrobiną rozgrzewających przypraw. Szczypta cynamonu, imbiru i goździków stanowi jedynie tło. Zdecydowanie na pierwszy plan wysuwają się tu czerwone soczyste jabłka i delikatna słodycz wiśni. Moje dzieci stwierdziły, że identycznie pachnie Tymbark jabłko-wiśnia. Czyli coś w tym jest ;-)


Całość jest słodka, ale raczej jest to słodycz dojrzałych owoców, niż typowego cukru. Moc świetna. Świeca już w kilka minut po rozpaleniu dawała o sobie znak, a po trzech godzinach intensywnie wypełniła cały pokój. Z Illumą bezproblemowo osiągnęła basen w dwie godziny.
Jestem zachwycona, podoba mi się nie tylko zapach, ale także wygląd świecy. Wygląda świetnie na tle jesiennych dekoracji i z przyjemnością będę sobie umilać popołdnia i wieczory jej zapachem. Polecam, bo to jeden z najładniejszych zapachów na tę porę roku, jakie znam!

Za egzemplarz dziękuję Grupie Zachodniej!

środa, 21 sierpnia 2019

Co tak pachnie? Yankee Candle Strawberry Lemon Ice

Tak, wiem...dawno mnie tu nie było. Ale uwierzcie, że chciałam. Jednak życie naszykowało dla mnie takie zmiany, jakich się nie spodziewałam. Musiałam odstawić wszystko, bo życie prywatne pochłonęło mnie na dobrych kilka miesięcy.




Lato pomału mija, czuć już delikatnie nadchodzącą jesień, ale ja dziś przychodzę do Was z bardzo wakacyjną świecą. Zapach który dziś przedstawię pozwoli Wam znów poczuć wakacyjny klimat, oraz orzeźwienie podczas ostatnich sierpniowych upałów.
Strawberry Lemon Ice to zapach bardzo radosny i owocowy. No bo jakże by inaczej miały pachnieć truskawkowo-cytrynowe lody? Jest to zdecydowanie zapach dla miłośników soczystych, owocowych aromatów! Mmmm, ślinka cieknie :-)
Świeca prezentuje się naprawdę letnio, etykieta ukazuje dokładnie to, czego możemy się spodziewać po zapachu, a kolor wosku jest w pięknym koralowym kolorze.
Tuż po otwarciu wieczka wyczuwam głównie truskawki. Świeże, odrobinę jeszcze niedojrzałe, takie, jakie spotyka się na początku truskawkowego sezonu. Kwaskowatości dodaje także nutka cytryny, nie mogę napisać, że jest ona dominująca, ale też nie jest gdzieś daleko w tle. Strawberry Lemon Ice to po prostu fajnie zrównoważony zapach truskawek i cytrusów. Jak to w lodach bywa, nie mogło tu zabraknąć cukru. Nie obawiajcie się jednak, nie jest to słodki ulepek. Słodycz lodów jest tyko dodatkiem i jak to w sorbetach bywa, zdecydowana przewaga tu owoców, niż słodkości.


Moc tej świeczki oceniam na bardzo dobrą. Jest wyraźnie wyczuwalna i nie sprawiała żadnych kłopotów w paleniu. Bałam się czy podczas uwalniania olejków zapachowych nie okaże się,że zapach jest zbyt sztuczny, ale nic z tych rzeczy. Fajna moc,szybki basen to jej zadecydowane plusy.
Strawberry Lemon Ice to doskonały wybór na początek wakacji, a także by zapachem zatrzymać ulotność lata :-))))



Całość jest godna polecenia, szczególnie dla wielbicieli mocno letnich, soczystych zapachów, w których owoce grają pierwsze skrzypce. Ja do tej pory lubiłam tylko wybrane świece z kategorii Fruit. Kiedy jednak przychodzi wiosna, a po niej lato, to z wielką przyjemnością odpalam świeczki, które wprawiają mnie w wakacyjny nastrój.


czwartek, 30 maja 2019

Katherine Woodfine "Szmaragdowy Smok. Tajemnice Domu Handlowego Sinclairs"




Jeśli obserwujecie mojego Instagrama, to wiecie, że całkiem niedawno odkryłam rewelacyjne wydawnictwo. Mowa tu oczywiście o wydawnictwie Dwukropek, które przypadło nam do gustu z wielu powodów. Po pierwsze książki, które mają w ofercie są idealne dla dzieci powyżej 10 r.ż. a my takich pozycji właśnie szukamy. Mało tego, oni wydają kryminały dla młodzieży! Czyli coś, co uwielbiają moje dzieci! Kolejny plus za to, że Dwukropek, to wydawca z Kielc, a to oznacza, że mam w swojej okolicy świetne książki :-) Czego chcieć więcej? Może jeszcze tylko dodam, że tytuły wydawane przez Dwukropek są bardzo starannie wykonane a ich czytanie staje się prawdziwą przyjemnością. Jestem bardzo zadowolona, że całkiem przypadkowo odkryłam takie fajne książki. Nasza "chciejlista" stała się przez to jeszcze dłuższa.

Tyle słowem wstępu, a ja dziś chciałam Wam pokazać i krótko opisać nasze wrażenia po lekturze jednej z niedawnych premier wydawnictwa Dwukropek. Mowa tu o "Szmaragdowym smoku", który jest częścią  serii o Domu Handlowym Sinclairs. Przyznaję się, że poprzednich tomów nie znam, ale miałam większych trudności w zrozumieniu treści "Szmaragdowego Smoka". Kiedy książka zawitała w nasze progi porzuciłam swoją "dorosłą" powieść i zaczęłam czytać. Najpierw miał być to tylko pierwszy rozdział, wiecie, kilka stron, by zorientować się, czy treść przypadnie mi do gustu. Czytałam na głos, w drugiej części pokoju moich słów słuchała córka. Tym sposobem wzbudziłam zainteresowanie nie tylko swoje, ale też jej. Była bardzo zaintrygowana historią młodej studentki, posądzonej o kradzież obrazu ze słynnego domu towarowego Sinclaira.



Kolejny rozdział przeczytałam sama, chciałam, żeby każda z nas poobcowała sam na sam z książką i wyrobiła sobie własne zdanie. Muszę przyznać, że ja jestem bardzo pozytywnie zaskoczona treścią. Wcale nie odczułam tego, że czytam książkę dla dzieci / młodzieży. Autorka potrafiła zaciekawić czytelnika niemal od pierwszego zdania, intryga przedstawiona w książce okazała się na tyle pokręcona i ciekawa, że chciało się czytać dalej i dalej. Tajemnice, zaginięcie obrazu, podejrzani, sekrety z przeszłości, to wszystko funduje nam autorka w "Szmaragdowym Smoku". Dreszczowiec dla młodzieży okazał się dla mnie świetną rozrywką i odskocznią od codziennych czytadeł. Przeczytałam z wypiekami na twarzy, cały czas zastanawiając się, kto i dlaczego ukradł słynne dzieło. Miałam kilka wersji w głowie, ale zakończenie i tak okazało się dla mnie zaskakujące.


Kiedy skończyłam, podrzuciłam tę książkę córce. Zabrała się za nią dopiero za jakiś czas, bo a to jeszcze w kolejce była ostatnia w tym roku szkolnym lektura, a to miała coś innego do skończenia. Ale udało się, zasiadła wieczorem i czytała do późna. Kolejnego dnia oznajmiła, że skończyła i że życzy sobie więcej takich książek. Z taką akcją, z taką tajemnicą i tak fajnie wydanych. I żebym koniecznie poszukała poprzednich tomów i nie zapomniała zamówić "Hotelu Winterhouse" i "Zbrodni niezbyt eleganckiej", też z tego wydawnictwa. To już chyba więcej dodawać nie muszę, prawda???

wtorek, 26 marca 2019

Jodi Picoult "Iskra światła"



Ci, którzy czytają mnie od początku widzą, że moja pasja czytania w wieku dorosłym zaczęła się od powieści Jodi. To jej styl, jej pomysły i sposób przedstawienia sytuacji sprawiły, że pokochałam czytanie i stało się dla mnie prawdziwym nałogiem. W dorobku Picoult chyba tylko nie podeszła mi "Z innej bajki". Reszta to prawdziwy literacki majstersztyk.

Ciepły jesienny ranek. Klinika pełna ludzi z problemami i uzbrojony napastnik. Strach, przerażenie i walka o każde życie. Kto wyjdzie cało, a kto stanie się ofiarą szaleńca? Jakie problemy skłoniły bohaterów, by właśnie tego pechowego dnia zjawili się w klinice?

Za "Iskrę światła" zabrałam się dość szybko i z pełnym zaciekawieniem. Byłam pewna, że pochłonie mnie od pierwszej strony i, jak to bywało wcześniej, skończę powieść w tempie ekspresowym. Tak się nie stało. Czy znaczy to, że tego tytułu nie polecam? Nie. Znaczy to, że jest to książka inna, ale tak samo dobra. Potrzebowałam po prostu więcej czasu i przede wszystkim wielkiego skupienia, by odnaleźć się w fabule. Autorka tym razem zastosowała zabieg odwrócenia chronologii zdarzeń, czyli poznajmy zakończenie, by pomału, podczas czytania, dowiadywać się jak do tego doszło. Tym sposobem było mi ciężko wdrożyć się i zrozumieć pierwsze rozdziały. Zanim się połapałam co i jak musiałam robić przerwy, a czasem nawet wracać kilka stron wstecz.Nie zniechęciłam się jednak, aż w pewnym momencie wszystko ładnie zaczęło się ze sobą łączyć i tworzyć przepiękną, wzruszającą historię. Picoult poruszyła ważny temat, jakim jest niechciana ciąża, nie osądzając przy tym nikogo. Sprawiła, że czytelnik sam ocenia sytuację poznawanych bohaterów i wyrabia sobie własne zdanie. Aborcja dla jednych jest grzechem, złem i czynem niewyobrażalnym, a dla innych jedynym wyjściem z trudnej sytuacji. Jestem zdania, że punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Staram się nie oceniać nikogo, jeśli nigdy nie byłam w podobnej sytuacji. Chwała autorce za to, że również nie narzuciła swojego zdania, pozwalając na to by czytelnicy odnieśli się sami do problemu usuwania ciąży.

Powieść jak zawsze przepełniona emocjami, poruszająca życiowe problemy, dotykająca tematów tabu. Napisana w troszkę niestandardowy sposób, ale nie przerażajcie się. Dajcie sobie czas na jej "przetrawienie", zapewniam, że historia opisana w "Iskrze światła" Was wciągnie na dobre. Zdecydowanie warto jej dać szansę, bo to ciągle ta sama wspaniała Jodi. Śmiało mogę stwierdzić, że z niecierpliwością czekam na kolejne wydane w Polsce jej powieści, ponieważ jest to ciągle moja ulubiona autorka obyczajowa. Ogrom emocji jakie nam funduje to prawdziwy literacki rollercoaster!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

środa, 20 marca 2019

Co tak pachnie? Yankee Candle Seasie Woods | Recenzja

Dziś przedstawię Wam zapach z wiosennej kolekcji Yankee Candle. Jest to nowość, którą możecie kupić w formacie malej, średniej, dużej świecy, a także w wosku. Seaside Woods na pierwszy rzut oka przywołuje wakacyjne wspomnienia i zapowiada się bardzo świeżo i lekko. Czy tak faktycznie jest? Zapraszam na kilka słów o tym zapachu.

Wygląd świecy to według mnie bardzo bezpieczne połączenie koloru wosku ze spokojną, harmonijną naklejką. Całość wygląda bardzo efektownie i obiecująco. Beżowy, "ciepły" kolor wosku przypomina mi nadmorski piasek, a przy tym pasuje do prawie każdego wnętrza. Etykieta Seaside Woods również jest według mnie bardzo klimatyczna, nawiązująca do nut zapachowych, oraz całego wydźwięku świecy. Spokojne, stonowane kolory, ale jednocześnie wakacyjny, trochę morski akcent sprawia, że będzie to doskonały wybór dla miłośników świeżych, lekko morskich zapachów.


Co do zapachu, to muszę przyznać, że jednocześnie było to dla mnie coś nowego, a z drugiej strony Seasde Woods przypominał mi znaną z kolekcji 2017 roku, świecę Driftwood. Zapach lekko morski, ciepły, z wyczuwalną nutą drzewa charakteryzuje oba te zapachy. Dla mnie jednak tę bitwę wygrywa Seaside, ponieważ jest subtelniejszy w odbiorze, bardziej lekki i wakacyjny. Pokuszę się o stwierdzenie, że daleko w tle nawet odrobinę męski. Nie ma to jednak nic wspólnego z nutą kolońską, która zazwyczaj wywołuje u mnie migrenę.



Producent opisuje zapach jako mieszankę cytrusów (pomarańcza), kwiatów (kwiat akacji, smagliczka) z nadmorskim drewnem. Poza drewnem i nutą morskiego powietrza ciężko mi wyodrębnić kolejne nuty zapachowe. Nie czytając opisu raczej sama nie wpadłabym na to, że w świecy użyto aromatu kwiatów czy cytrusów. Zapach jest naprawdę bardzo ciekawy, lekki, ale jednocześnie otulający. Jestem niemal pewna, że znajdzie wielu zwolenników.


Moc bardzo dobra. Już podczas pierwszego palenia zapach pięknie rozszedł się po pokoju.Nie miałam zastrzeżeń, że jest zbyt mocny, albo że nie czuję go wcale. Jako zapach na lato, sprawdzi się świetnie. Nie ma przecież nic gorszego, niż upalny, duszny dzień i mocna świeca w pomieszczeniu. Basen pojawił się po godzinie od rozpalenia, oczywiście wspomagany Illumą. Kolejne palenie wymagało trochę dłuższego czasu roztopienia wosku, ale nie mogę narzekać. Świeca prezentuje się naprawdę bardzo dobrze, pachnie intrygująco i jest dobrze wyczuwalna. Skusicie się chociażby na wosk?
Możecie je kupić np tu:

https://yankeehome.pl/szukaj?submit_search=&controller=search&orderby=position&orderway=desc&search_query=seaside+woods

Za egzemplarz dziękuję Grupie Zachodniej!

wtorek, 26 lutego 2019

ChillBox | Edycja Luty 2019

Lutowe pudełeczko Chillbox już od jakiegoś czasu jest u mnie i muszę Wam powiedzieć, że świetnie mi się sprawdza. Jak zawsze spójne, funkcjonalne i przemyślane produkty wypełniły cały box. Jak co miesiąc jest książka, gadżet, przekąska i oczywiście kosmetyki.
Zresztą, sami zobaczcie:


1. Balneokosmetyki Malinowy Peeling do ciała 44 zł

Ekologiczny kosmetyk, wspaniały różowy kolor, widoczne kawałki owoców, to wszystko sprawia wrażenie jakby się chciało go zjeść. Niezwykle apetyczny wygląd i zapach. Już zagościł na mojej prysznicowej półce i muszę przyznać, że jego działanie również jest świetne. Fajnie wygładza, jest niezwykle przyjemny w użyciu, skóra po zabiegu peelingowania jest miękka i gładka, wyraźnie nawilżona i zdrowa. Duży plus za skład kosmetyku, bo znajdziemy w nim olej z avocado, olej arganowy, maliny oraz masło Shea. U nas peelingi idą jak świeże bułeczki, także super, że w lutowym boxie był tego typu produkt.


 2.Shoap Shop Balsam YEN  44 zł
 Balsam do ciała w formie wegańskiego, naturalnego musu. Wygląda świetnie, ma fajny, nieduży szklany słoiczek, prosty, ekologiczny skład a na dodatek przepięknie pachnie. Wyczuwam przede wszystkim zapach bzu, więc na wiosnę będzie idealny. Poręczne opakowanie daje możliwość zabrania go ze sobą wszędzie, nawet do torebki! Mam spory zapas mazideł do ciała, ale w okolicach kwietnia z całą pewnością zacznę się nim smarować. W końcu kiedy mam pachnieć bzami, jak nie wiosną???



 3.INDIGO Oliwka do skórek Raspberry Love 9,9 zł
Mój hit tego pudełka! Niewielka rzecz,a ucieszyłam się z niej najbardziej. Po prostu nie miałam w domu absolutnie żadnej oliwki do skórek/paznokci. Czasem lubię na noc, po wtarci kremu do rąk użyć sobie właśnie czegoś tłustego na okolice skórek. Zwykle używałam gęstych balsamów, no ale wiecie...to nie to samo! Dlatego oliwka była super niespodzianką i w dodatku bardzo przydatną. Pięknie pachnie, elegancko wygląda i ma działanie odżywcze. Nie rozstaję się z nią, jest moim lutowym ulubieńcem :-)))))





 4. Cocsodi Koreańska maska w płachcie Panda 9.99 zł
Jak już wiecie baaaardzo lubię maski w płachcie, uważam, że są mega wygodne i mają fajne działanie odświeżające i nawilżające. Ta z lutowego boxa ma wyciąg z bambusa, oraz ekstrakt z pereł .Jeszcze jej nie użyłam, ale to tylko kwestia czasu. Koreańskie kosmetyki są ostatnio bardzo popularne, a ja chętnie sięgam po takie produkty. Za każdym razem niezmiennie cieszę się z maseczek, więc ja jestem na plus.



5. Zaparzacz do herbaty "serce".7.99 zł

Gdy wyciągnęłam go z pudelka i zobaczyła go moja córka, to była zachwycona. Ja nieco mniej. Po pierwsze bardzo ciężko było nam otworzyć serduszko, aby nasypać do środka suszu herbacianego. Jak już po kilku minutach walki nam się udało, to potem tak samo ciężko było go otworzyć w celu wymycia. Przyznam, że jestem także mocno sceptycznie nastawiona do plastikowych zaparzaczy. Plastik plus wrzątek? Nie. Fajny wygląd, raczej jako gadżet do zdjęcia, niż do codziennego stosowania. Zostaję przy metalowym zaparzaczu :-)


6.  Dary Natury Herbatka z owocem róży 6.49 zł

Pyszna. Aromatyczna, odpowiednia pod względem koloru, jak i smaku. Owo/c róży ma od dawna zastosowanie w medycynie niekonwencjonalnej, pomaga m.in w chorobach układu pokarmowego, zawiera witaminy i sole mineralne.
Jestem fanką herbat i zawsze są one mile widziane w moim domu. A ta jest naprawdę smaczna, polecam jeśli ją gdzieś spotkacie. 
Opakowanie trochę nie przetrwało, ale cóż :-)

7. Książka

Tym razem dostałam tytuł, który znalazł chętnych w osobach moich dzieci. To fantastyka, a ja póki co nie przełamałam się jeszcze do tego typu historii. Za to dzieciaki wyraziły ogromną chęć jej przeczytania. I dobrze, bo ja mam sporo na swoich półkach, a taka lekka fantastyka z pewnością przyda się moim pociechom np na wakacje. Znacie ten tytuł? Fajna?

Pierwszy tom nowej serii fantasy dla młodzieży. Dla fanów „Zwiadowców” i „Opowieści z Narnii”.

Wszyscy w Moorvale wierzą w legendę, że odważny rycerz Tristan i sławny mag Vithric w czasie wielkiej wojny, lata temu pokonali zło uosobione przez Nethergrima, inaczej zwanego Otchłannym, Kołyskowym Złodziejem czy Klątwą Matek, który porywał i więził niewinne dzieci. Do dziś śpiewane są pieśni o Tristanie i Vithricu, a na cześć bohaterów organizuje się niezliczone święta i festiwale. Jednak znowu dzieje się coś złego. Znikają zwierzęta, pozostają po nich tylko kości. Zaczynają ginąć dzieci. Szepty zamieniają się w krzyk. Nethergrim powrócił!
Brat Edmunda jest jednym z zaginionych. Edmund wie, że musi coś zrobić, aby uratować jego życie. Ale co? Wraz z przyjaciółmi pokonuje swój starch i wyrusza do walki ze złem, którego mocy nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić…



Tak się przedstawia cały box lutowy. Ja cieszę się do dziś z jego zawartości. A Wam się spodobał? Jak oceniacie? Skusicie się ma edycję marcową?
Buziak!!!

środa, 30 stycznia 2019

Co tak pachnie? Yankee Candle Winter Wonder | Recenzja


Zima  pełni, a ja ani myślę palić wiosenne zapachy :-) Kiedy śnieg i mróz za oknem, ja uwielbiam otaczać się świecami w klimatach stricte zimowych. Wszelkie otulacze, jedzeniówki, słodkości są teraz jak najbardziej mile widziane. Mam w planach jeszcze przez cały luty palić świece zimowe, a od marca dopiero cieszyć się kwiatowymi i świeżymi zapachami.





Dziś przedstawię Wam świecę, która towarzyszyła mi przez cały styczeń. Zapach ten otrzymałam już pod koniec listopada, jednak grudzień sprzyjał odpalaniu świec bardziej świątecznych, korzennych. Ten zapach spokojnie można palić poza sezonem świątecznym , dlatego zostawiłam go sobie na styczeń.
Winter Wonder zachwyca naklejką. Jest trochę w klimatach Winter Glow, i to nie tylko za sprawą etykietki utrzymanej w podobnym klimacie, ale też ze względu na wyczuwalną miętę. Ogólne wrażenie jest super, świeca jest w przepięknym budyniowym kolorze, a wspomniana już naklejka sama stanowi najlepszą ozdobę. Wprowadza w błogi nastrój i nic tylko zaszyć się z taką świecą w przytulnym domku, zaparzyć kubek aromatycznej herbaty i zasiąść w fotelu z ciekawą książką.



Zapach na pierwsze powąchanie sprawia wrażenie chłodnego, właśnie za sprawą dodatku mięty. Nie jest ona dominująca, ale dla mnie była wyczuwalna. Dlatego wspomniałam wcześniej,że kompozycja zapachowa odrobinę przypominała mi Winter Glow.  Jednak w tej drugiej nie było tyle przytulności i słodkości, co w Winter Wonder. Glow jest bardziej chłodny, perfumeryjny i leśny, ma się wrażenie, że tak pachnie mroźny styczniowy dzień w lesie. Winter Wonder na całkowicie inny wydźwięk. Zapach jest zdecydowanie bardziej kremowy, lekko cytrusowy a jednocześnie słodki. Na pewno wyczuwam w tej świecy sporo wanilii, trochę mniej cytrusów i w tle słodką miętę. Zapach jest bardzo zrównoważony, nienachalny i na tyle stonowany, że będzie stanowił miłe tło w pomieszczeniu, w którym się pali. Idealny do popołudniowego relaksu, czy weekendowego odpoczynku. Na pewno nie zmęczy, nie przyprawi o ból głowy, nie sprawi, że będziemy mieli go dość. Dla fanów killerów świecowych może być rozczarowaniem delikatna moc, chociaż u mnie ładnie dawał radę w salonie. Teraz, gdy piszę tę recenzję świeca już została przeze mnie w całości wypalona. Świadczy to o tym, że polubiłam się z tym zapachem bardzo. Polecam Wam, jeśli lubicie słodkie zapachy przełamane innymi nutami. Warto wypróbować np w formie wosku :-)

Serdecznie dziękuję Grupie Zachodniej za możliwość testowania :-)