piątek, 1 czerwca 2018

Przemysław Borkowski "Niedobry pasterz"



Kolejny kryminał, na który zwróciłam uwagę od razu, jak tylko pojawiła się jego zapowiedź. Zaintrygował mnie tytuł, okładka, no i oczywiście opis. To było moje pierwsze spotkanie z piórem pana Borkowskiego, ale dziś, kiedy jestem po lekturze "Niedobrego pasterza", wiem, że nie ostatnie.

W lesie pod Olsztynem zostają znalezione zwłoki nastolatki. Ślady na jej ciele wskazują na morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Sprawa wydaje się bardzo prosta, ponieważ okoliczny pijak niemal od razu przyznaje się do winy. Mętlik w głowach policjantów pojawia się wtedy, gdy na komisariat przybywa proboszcz okolicznej parafii. Ksiądz  uparcie twierdzi, że to on jest winny i on zabił dziewczynę. Zaskoczeni śledczy proszą o pomoc psychologa Zygmunta Rozłuckiego, który zgadza się pomóc pod jednym warunkiem...jeśli pomoże mu w tym jego dawna sympatia,  dziennikarka Janczewska. Jaka okaże się prawda, czy duet Rozłucki & Janczewska to dobre połączenie w jej dociekaniu? Zapraszam Was do przeczytania.

Średnio 7/10 czytanych przeze mnie książek to właśnie kryminał lub thriller. Ciężko mnie w tej kategorii literackiej zaskoczyć, a sama nie ukrywam faktu, że poprzeczkę na miano dobrego dreszczowca, stawiam naprawdę wysoko. Już od pierwszych stron "Niedobrego pasterza" wiedziałam, że książkę przeczytam z przyjemnością. Lekki styl, ciężka zbrodnia, ciekawi bohaterowie, intryga, która rozkręcała się w miarę przewracanych kartek. Zapowiadało się naprawdę super. Chociaż nie przeczytałam tej książki jakoś bardzo szybko, to muszę przyznać, że wciągnęła mnie na całego. Borkowski nie pozwolił złapać oddechu, akcja ciągle goniła do przodu a ja z wypiekami na twarzy śledziłam dalsze losy Zygmunta Rozłuckiego. Był on bohaterem dalekim od ideału, przez co wydał mi się tym bardziej realistyczny. Mogę przyznać, że polubiłam go i mocno mu kibicowałam. Stał się dla mnie bohaterem z krwi i kości, takim prawdziwym, niewyidealizowanym. Dzięki temu bardziej wczułam się w czytaną historię i zatraciłam się w niej całkowicie.
Rozwiązanie zagadki morderstwa było oczywiście zaskoczeniem, bo nie podejrzewałam, że to właśnie tak rozegra autor. Miałam jakieś tam swoje przypuszczenia, ale okazały się mylne. Natomiast to, co autor zaserwował czytelnikom na końcu książki, sprawiło, że miałam ochotę cisnąć książką o ścianę. Tak się nie robi panie Borkowski!!! Nie wolno sprawiać, że nie mogłam zasnąć po ostatnich słowach w Pana książce! Byłam wściekła, no bo jak to? Tak zakończyć? Zostawić mnie teraz tak, gdy jak przez tyle stron tak bardzo kibicowałam Rozłuckiemu? To okrutne. Mam nadzieję, że planuje Pan ciąg dalszy :-)
Pokuszę się jeszcze o stwierdzenie, że od "Behawiorysty" Mroza, zakończenie żadnej książki nie wbiło mnie w fotel i nie wywołało tylu emocji. Przemysławowi Borkowskiemu się to udało.Brawo! To bardzo, bardzo dobry tytuł z gatunku kryminałów.
Polecam z czystym sumieniem :-)

Dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona za egzemplarz!

środa, 30 maja 2018

Co tak pachnie? Yankee Candle Warm Desert Wind

Ciepły, pustynny wiatr...czy jest coś przyjemniejszego po długiej zimie? No dobra, ile ludzi, tyle gustów. Jedni kochają zapachy morskie, inni kwiatowe, owocowe itp. Ja bardzo lubię takie nieoczywiste kompozycje. Lubię ten element tajemniczości, zaskoczenia itp.  Warm Desert Wind właśnie taki jest, intrygujący, nieszablonowy, po prostu inny niż wszystkie :-)



Kiedy tylko ukazała się zajawka kolekcji Q2 2018 od razu zwróciłam uwagę na tę świecę. Mocno zasugerowałam się ukochanym Egyptian Musk. Wzięłam oczywiście w ciemno,gdzieś tam podświadomie licząc, że Warm będzie idealnym bratem bliźniakiem Egyptiana.  Liczyliście na to samo? To Was trochę rozczaruję. Te zapachy nie są podobne. To znaczy, jest w obu taka ciepła nuta, trochę kadzidlana, ale Warm jest mniej perfumowy niż Egyptian.


Jak odbieram zapach? Muszę przyznać, że zupełnie inaczej "na sucho", a inaczej, gdy się pali. Moje pierwsze wrażenie po otwarciu słoja było "Wow, ale świeży zapach". Moja córka za to od razu powiedziała, że jest bardzo podobny do pianek. Po chwili zaczęłam zmieniać zdanie, faktycznie, im dłużej mój nos siedział w świeczce, tym bardziej czułam coś zupełnie innego, niż na początku.
Warm Desert Wind to zapach złożony, nie płaski i tak naprawdę nie umiem określić czym on pachnie. Tak jak np w przypadku Lemon Lavender, wiem, że pachnie cytrusami i lawendą, tak tu jest mi bardzo ciężko wyłonić poszczególne nuty. Dla mnie jest to zapach bardzo ciepły, niesamowicie przyjemny i całoroczny. Jest trochę słodki i faktycznie czuję, szczególnie podczas palenia, duże podobieństwo do Fireside Treats. Ale w tej kompozycji ta słodycz jest zdecydowanie w tle. Na pierwszy plan wysuwa się aromat takiego bardzo ciepłego powietrza, wręcz upalnego. Całość podbita jest trochę kadzidlanym, orientalnym aromatem, który nadaje świecy tego niepowtarzalnego charakteru. Bardzo ciekawy zapach, nie tylko na lato!


Jeśli ciekawi Was moc i rozpalanie, to mój egzemplarz jest całkowicie bezproblemowy. Pięknie rozpala się do ścianek, chwilowo tylko wspomagany Illumą.  Jak już na świecy zrobi się spory basen, to także na moc nie można narzekać. Bardzo dobrze wyczuwalny zapach, nadaje pomieszczeniu wspaniałego klimatu.
Warm Desert Wind występuje w formie wosku, świecy i samplerka. Macie więc wybór, co na początek wypróbować. Polecam, ja palę go ostatnio najczęściej ze wszystkich moich świec :-)

Zapach kupicie tu:
https://yankeehome.pl/szukaj?submit_search=&controller=search&orderby=position&orderway=desc&search_query=warm+wind

Dziękuję Grupie Zachodniej za egzemplarz :-)

wtorek, 8 maja 2018

Co tak pachnie? Millefiori Milano Magnolia blossom & wood

Millefiori Milano to nowość na mojej świecowej półce. Włoskie świece już dawno wpadły mi w oko, ale dopiero teraz była okazja, by przetestować zapach. Do swojego egzemplarza podeszłam trochę jak pies do jeża, ponieważ słyszałam sporo opinii o trudnym rozpalaniu się tych świec. Ostatecznie postanowiłam sama się przekonać i mój wybór padł na zapach z linii Natural- Magnolia blossom & wood.


Na początku nie mogę pominąć efektów wizualnych.Świeczka przyszła do mnie zapakowana z czarny, prosty kartonik. Nie ma pokrywki, a jej jedynym elementem dekoracyjnym jest grube szkło w pastelowym kolorze. Lubię takie minimalistyczne przedmioty, uważam, że są wtedy niezwykle uniwersalne. Pasują do różnorodnych wnętrz, nie kłócąc się z wystrojem.  To dla mnie duży plus.

Zapach magnolii wybrałam dlatego, że po pierwsze tej wiosny dostałam świra na punkcie zapachów natury, kwiatowych, owocowych, drzewnych itp. Po drugie, w zeszłym roku miałam świecę o zapachu magnolii z Goose Creek i byłam bardzo ciekawa, czy ta będzie mi chociaż trochę przypominała poprzedniczkę. Po trzecie, po prostu lubię zarówno drzewko jak i kwiaty magnolii. Sama mam takie w ogrodzie, niestety na tyle małe, że jeszcze nigdy nie kwitło.



Pierwsze wrażenia pozytywne. Aromat kwiatowy był wyczuwalny już przez kartonik. Millefiori nie przypominała jednak tej gąskowej magnolii, ale również bardzo mi się spodobała. Zapach jest bardzo mocno kwiatowy, czuć także wyraźnie drzewo sandałowe, ale to kwieciste nuty wybijają się mocno na przód. Bardzo przyjemna, odrobinę perfumowana kompozycja. Byłam zadowolona, że wybrałam w ciemno tak ciekawy zapach.
Obawiałam się tylko jej odpalić. Raz, że bałam się tego tunelowania, a dwa, że nie wierzyłam w to, że tak niewielką świeczkę cokolwiek poczuję w sporym pokoju.
I tu doznałam szoku. Owszem, mój egzemplarz Millefiori nie wypalał się perfekcyjnie. Nie mam zamiaru Was oszukiwać, że zrobił mi się centymetrowy basen. Odrobinę wosku zostało na ściankach, ale naprawdę niewiele. To jednak nic w porównaniu z mocą świecy. To jest prawdziwa petarda, która przyćmiła mi wszelkie trudności w rozpaleniu. Już po kilku minutach od rozpalenia moja magnolia była wyczuwalna w pomieszczeniu.Myślę sobie, ok, chyba nie będzie źle. Po dwóch godzinach mocno pachniał nią cały pokój, a im dłużej się paliła, tym zapach rozchodził się bardziej na cały dom. Czułam ją w korytarzu, a nawet na schodach zewnętrznych! Nie spodziewałam się takiej siły zapachu z tak niewielkiej i "niepozornej" świecy. Mało tego, do dziś świeczka stoi na moim stoliku kawowym. Ona mi pacnie nawet nieodpalona! Serio. Czuję wyraźnie jej zapach, gdy siadam w fotelu a obok na stoliku stoi sobie moja magnoliowa świeca. Nie wiem jak ona to robi :-)



Jedyny minus jaki widzę, to szybkie wypalanie. Paliłam dwa razy i już nie mam pół świecy, a szkoda. Na pewno jeszcze kiedyś będę chciała wypróbować inne zapachy marki Millefiori Milano. Uważam, że są warte spróbowania. Nie wiem jak z mocą innych zapachów, ale ja jestem pod wrażeniem. Gdyby tylko trochę lepiej się paliła, to już w ogóle super. Polecam i zachęcam do zapoznania się z marką.

Jeśli zainteresował Was zapach, który ja posiadam, możecie kupić go tu:
https://yankeehome.pl/3164-magnolia-blossom-wood-swieca-zapachowa-millefiori-candles.html

Dziękuję Grupie Zachodniej za możliwość testowania zapachu :-)


środa, 2 maja 2018

Co tak pachnie? Yankee Candle Early Spring Bloom

Wiosna w pełni, dni bardzo ciepłe, kwiaty wszędzie kwitną i zachwycają swoją urodą. Zapachy słodkie, ciasteczkowe, czy korzenne już dawno leżą zapomniane w szufladzie. Przyszła pora na coś optymistycznego, radosnego i świeżego. Zapachy kwiatowe, wodne i owocowe są najczęściej wybierane w sezonie wiosenno-letnim. Ja sama z wielką przyjemnością odpalam co wieczór jakiś lekki zapach, taki, który mnie nie zmęczy, a jedynie podkreśli świeżość wiosennego powietrza.



Early Spring Bloom to kwintesencja wiosny. Wygląda uroczo, eterycznie i zmysłowo. Można się spodziewać, że zapach będzie właśnie w takim stylu. I racja! To kompozycja w której zakochałam się, od kiedy tylko ją po raz pierwszy powąchałam. Na pierwszy rzut wybijają się kwiaty, ale nie takie ciężkie, duszące jak róża czy peonia, bardziej takie delikatne, lekkie, skąpane w porannej rosie. Czuć czysty aromat konwalii i kwiatu wiśni, producent opisuje, że pojawia się także woń przebiśniegów, krokusów i jaśminu. Całość jest tak piękna, że aż trudno mi to opisać. Przede wszystkim Early Spring Bloom pachnie jak damskie perfumy, kwiatowe, ale bardzo delikatne i eteryczne. Takie nienachalne, bardzo świeże i subtelne. Nie ukrywam, że chciałabym mieć chociażby taką mgiełkę do ciała na lato. Bardzo udany zapach, dla osób lubiących delikatne perfumowce, może to być wymarzona kompozycja na wiosnę.



Rozpala się bez żadnych problemów, wspomagana jedynie Illumą już po około dwóch godzinach dochodzi do ścianek. Early wygląda super, biały wosk i minimalistyczny kwiatek na naklejce tworzy bardzo elegancki wygląd i pasuje do każdego pomieszczenia. Mam wrażenie, że osoby, które nie znają tej świecy, mogą sobie wyobrazić jak fajnie ona pachnie. Kolor wosku, skromna naklejka idealnie odwzorowuje zapach, który nie narzuca się otoczeniu, ale nadaje pomieszczeniu elegancji i tajemniczości.


Jak już jestem przy mocy, to wspomnę, że miałam dać tej świecy spory minus. Dlaczego piszę w czasie przeszłym? Ponieważ Early Spring Bloom mnie pozytywnie zaskoczyła. Pierwsze dwa palenia i zero zapachu. No nie czułam zupełnie nic w pokoju, w którym paliła się kilka godzin. Dopiero jak nos wsadziłam niemal w płomień, to coś tam trochę poczułam.Myślę sobie, że kiepsko i że ją tak właśnie opiszę. A tu niespodzianka. Trzecie palenie i fajne tło w pokoju. Każde kolejne, tylko bardziej rozkręcało moc świeczki. Nie mogę jej zarzucić, że jest niewyczuwalna. Nie jest killerem, ale dobrze ją czuję w moim 20 metrowym pokoju. Jestem zaskoczona i mam nauczkę, by czasem dawać szansę zapachom, które wydają się słabe.

Podsumowując, świecę polecam fanom kobiecych, perfumeryjnych kompozycji. Na wiosnę, do palenia w letnie wieczory, nawet w upały, w sam raz. Nie zmęczy, nie wywoła migreny, spokojny, piękny, kwiatowy zapach.

Możecie ją kupić tu:
https://yankeehome.pl/3694-early-spring-bloom-sloik-duzy.html

Dziękuję Grupie Zachodniej za możliwość testowania zapachu :-)

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

A.J. Finn "Kobieta w oknie"






Wyobrażacie sobie, żeby zamknąć się na dłuższy czas w domu  wcale z niego nie wychodzić? Nie, nie chodzi o kilka dni w łóżku z grypą. Kilka miesięcy, a może nawet i lat bez żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, poza telewizją, Internetem, oraz tymi, którzy sami nas odwiedzą. Brzmi klaustrofobicznie? Dla mnie tak, ale Anna Fox, bohaterka najnowszego thrillera A.J. Finn, właśnie w ten sposób spędza ostatnie miesiące. Dlaczego? Co ją do tego popchnęło?


Anna od pewnego czasu panicznie boi się wychodzić z domu. Świat ogląda tylko oczami telewizji i komputera. Ludzi, a szczególnie sąsiadów, obserwuje za pomocą swojego aparatu fotograficznego. Podglądanie staje się swego rodzaju obsesją Anny. Za obiektywem może wiele zaobserwować i wyciągnąć wiele wniosków. Wchodzi w prywatne życie swoich sąsiadów, obserwując ich bacznie na każdym kroku. Przy okazji Anna cierpi na depresję, zażywa leki, konsultuje się z psychiatrą i nieco nadużywa alkoholu. Wszystko to sprawia, że gdy Anna widzi pewne dramatyczne zdarzenie w domu Russelów, nikt jej nie wierzy. Wszyscy biorą Annę za wariatkę, a ona uparcie twierdzi, że wie, co widziała. Po traumie jaką przeżyła w przeszłości i braku zaufania ze strony otoczenia, Anna sama zaczyna wątpić w samą siebie. Czy umysł spłatał jej figla, czy ktoś skutecznie nią manipuluje?

Thriller o tematyce jaką lubię. Książkę zaczęłam czytać w podróży, wciągnęła mnie bardzo przez pierwsze 60 stron i myślałam, że pochłonę ją w mgnieniu oka. Tak się jednak nie stało, ponieważ "Kobieta w oknie"nie należy do książek, które są napisane prosto, łatwo i lekko. Ona wymagała skupienia, zrozumienia i wczucia się w fabułę. Historia Anny raz nabierała tempa, potem szybko zaczynała mnie nieco nużyć, żebym za chwilę znów nie mogła się oderwać.Akcja na całego rozkręciła się już za połową książki i nie odpuściła aż do samego końca. Czuć było w tym tytule pióro A.J. Finn, autorka podobnie jak w "Dziewczynie z pociągu" wmanewrowała czytelnika w psychologiczną grę głównej bohaterki. Nic tu nie było takie oczywiste, jakie się wydawało. Opisy stanu psychicznego Anny powodowały, że poznawało się bohaterkę od jej mrocznej strony. Cała książka dla mnie była tajemnicza, klaustrofobiczna a jednocześnie mega ciekawa. Autorce udało się zaspokoić moją ochotę na dobry thriller psychologiczny. Myślę, że dla fanów "Dziewczyny w pociągu" będzie to tytuł konieczny do przeczytania. Zakończenie mnie zaskoczyło, A.J Finn namieszała mi w głowie, wprowadziła chaos i skutecznie zbiła z tropu. Jestem pod wrażeniem i serdecznie polecam. Warto przeczytać!


piątek, 30 marca 2018

Co tak pachnie? Yankee Candle LOVE

Seria Making Memories to nowość w ofercie Yankee Candle. Eleganckie opakowania, trzy knoty oraz zapachy kreowane emocjami, to nie lada gratka dla fanów świec zapachowych. Do wyboru mamy 5 zapachów: Balance (równowaga), Patience (cierpliwość), Love (miłość), Laughter (śmiech), Strenght (siła). Moim zapachowym wybrańcem został Love, chociaż nie ukrywam, że miałam wśród nich jeszcze dwóch faworytów.

Producent opisuje LOVE tak:
 Ten zapach, jak miłość, może zawrócić w głowie: zmysłowe nuty orientalne, witalność dojrzałych, soczystych owoców, oszałamiająca woń jaśminu i tuberozy - to wszystko owinięte miękkim, ciepłym aromatem bursztynu. 


Kiedy pierwszy raz powąchałam tę świecę, od razu na myśl mi przyszło podobieństwo do Sunset Sparkle Goose Creek. Mam obie i mogę śmiało stwierdzić, że to niemal bliźniacze zapachy. Jeśli lubicie więc wersję Goose, to śmiało możecie sięgać po Love.  Jest to zapach niezwykle trudny do opisania, ponieważ nie przeważają w nim żadne konkretne nuty zapachowe, przynajmniej ja nie umiem ich tak wypisać. Świeca po prostu pachnie pięknymi damskimi perfumami. Nie jest to zapach ciężki, ani przytłaczający, wręcz przeciwnie. To kompozycja bardzo lekka, ale nie morska, raczej w stronę soczystych owoców, ciepłego powietrza, odrobiny kwiatów. Na pewno wyczuwam w niej bursztyn i to on nadaje zapachowi takiego "ciepła". W połączeniu z nutami owoców stanowi prawdziwie letnią i elegancką kompozycję. Żeby jednak nie było zbyt świeżo, całość jest przełamana delikatną słodyczą. Bardzo, bardzo kobiecy zapach.

Opakowanie i ogólny wygląd  również na plus.Świeca przyszła do mnie zapakowana w elegancki kartonik, idealny na prezent, sam w sobie stanowi świetne pudełko ozdobne.Wystarczy przewiązać wstążką i upominek gotowy! Posłużę się fotografią ze strony internetowej:
Prawda, że opakowanie jest super? Wykonanie samej świecy również. Każdy zapach ma swój kolor, mój jest w tonacji czerwieni. Słoik ma dość szerokie dno i nie jest wysoki, jak w przypadku dużych świec z klasycznej oferty Yankee Candle. Bardzo minimalistyczny design tej kolekcji sprawia, że będzie ona pasować do każdego wnętrza, każdej okazji, oraz pomieszczenia.
Świeca pali się całkowicie bezproblemowo, oczywiście wszystko za sprawą trzech knotów. Basen pojawia się po godzinie od rozpalenia. To mi się bardzo podoba :-)



I w tym miejscu muszę wspomnieć o minusie świecy. Zapaliłam ją dwa razy, a już nie ma jest połowę. Niestety piękne rozpalanie równa się szybkiemu wypalaniu :-)  Co prawda u mnie w domu paliła się dwa, naprawdę długie razy (po około 10 godzin za każdym podejściem), ale to i tak zbyt mało jak na świeczkę za ponad 100 zł. To trochę taki luksus dla mnie, który teraz będę sobie oszczędniej dawkować. Niby wszystko jest ok, bo z założenia producenta ma ona się palić około 40 godzin, ale jestem bardziej przyzwyczajona do długiego korzystania ze średnich i dużych słojów. Jestem jednak bardzo zadowolona, że miałam okazję zapoznać się z taką formą świecy zapachowej.

Moc Love jest średnia, w kierunku dobrej. Im mniej świecy, tym ładniej zapach rozchodził się po pokoju. Zapach nie jest mocny, ale dawał radę w moim niewielkim salonie.

Podsumowując, seria Making Memories to dla mnie idealny pomysł na prezent dla prawdziwego świecomaniaka.  Elegancki wygląd, nietuzinkowe zapachy i fajne opakowanie to bardzo duże zalety tej kolekcji. Świecę mogę polecić jako romantyczny dodatek na wyjątkowe okazje, do odpalenia od czasu do czasu. Do codziennego cieszenia się zapachem zalecam standardowe słoje, palą się może trochej mniej efektownie, ale o wiele, wiele dłużej.
Making Memories to trochę taki powiew świeczkowego luksusu :-)

Zapach możecie kupić tu:
https://yankeehome.pl/3087-making-memories-love.html?search_query=love&results=22

Za możliwość testowania bardzo dziękuję Grupie Zachodniej - dystrybutorowi Yankee Candle!

środa, 28 marca 2018

Co tak pachnie? Yankee Candle Peony

Mówi się, że piwonia to królowa kwiatów. Są zwolennicy róż, a ja uważam, że piwonia jest jej trochę niedocenionym odpowiednikiem. Kojarzy mi się z dzieciństwem, z ogródkiem babci, gdzie przed domem rósł dorodny krzew różowej piwonii. Jej kwiaty pachniały tak bosko, że nie sposób tego zapomnieć.
Dziś, gdy chcę przywołać wspomnienia wystarczy, że uchylę pokrywkę słoiczka Yankee Candle Peony. Ta świeca idealnie odwzorowuje zapach wspomnień!


Do kwiatowych zapachów podchodzę trochę jak pies do jeża. Niby lubię, ale obawiam się migreny, boje się, że szybko mi się znudzi albo, że będzie mdła. Peony wybrałam w formacie małym, tak trochę na próbę, bo z wiekiem zauważyłam, że moje preferencje zapachowe trochę się zmieniają. Mniej kupuję "jedzeniówki", bardziej zwracam uwagę na zapachy perfumeryjne, świeże, inspirowane naturą. To oczywiście też dużo zależy od pory roku, pogody, nastroju itp.
Wiedziałam, że nawet jeśli piwonia nie przypadnie mi do gustu, to mały słoiczek dam córce, albo po prostu szybko wypalę. Na szczęście nie zawiodłam się.

Na temat nut zapachowych za wiele nie napiszę, bo świeczka pachnie 100% piwonią. Słodką, realistyczną, piękną. Taką jaką pamiętamy z dawnych lat, gdy kwitła w ogrodach naszych mam czy babć. Yankee Candle bardzo dobrze odwzorowało zapach. Nie jest to kompozycja dusząca, mdła czy drażniąca. Po prostu prawdziwy aromat pięknie rozkwitniętego kwiatu peonii. Jeśli lubicie ten kwiat, to na pewno świeca przypadnie Wam do gustu.


Ja miałam ogromną ochotę na coś kwiatowego na wiosnę. Mam dość słodkich zapachów, ciastek z maślanym aromatem, choinek, jabłek z przyprawami itp. Przyszła pora na coś świeżego, owocowego lub kwiatowego. Wybór padł na maluszka Peony i na tym na pewno się nie skończy. Nabrałam ochoty na kolejne kwiaty w mojej świeczkowej kolekcji.

Moc Peony jest bardzo dobra. Maluszek zapachnił mi cały pokój, ale nie aż tak, bym musiała gasić świecę czy wietrzyć pomieszczenie. Po prostu w każdym kacie pokoju ją fajnie czułam, nie przeszkadzała i nie wywołała migreny. Nie wiem natomiast czy w dużym słoju nie byłaby dla mnie za mocna. Ta była dla mojego nosa w sam raz.

Macie Peony na swojej liście do kupienia? A może znacie już i macie o niej swoje zdanie? Jestem bardzo ciekawa! Ja mówię temu zapachowi TAK! Fajna odmiana na sezon wiosenno-letni.

Peony możecie kupić tu:
https://yankeehome.pl/szukaj?submit_search=&controller=search&orderby=position&
 orderway=desc&search_query=peony

Dziękuję Grupie Zachodniej za możliwość testowania świecy!