wtorek, 26 lutego 2019

ChillBox | Edycja Luty 2019

Lutowe pudełeczko Chillbox już od jakiegoś czasu jest u mnie i muszę Wam powiedzieć, że świetnie mi się sprawdza. Jak zawsze spójne, funkcjonalne i przemyślane produkty wypełniły cały box. Jak co miesiąc jest książka, gadżet, przekąska i oczywiście kosmetyki.
Zresztą, sami zobaczcie:


1. Balneokosmetyki Malinowy Peeling do ciała 44 zł

Ekologiczny kosmetyk, wspaniały różowy kolor, widoczne kawałki owoców, to wszystko sprawia wrażenie jakby się chciało go zjeść. Niezwykle apetyczny wygląd i zapach. Już zagościł na mojej prysznicowej półce i muszę przyznać, że jego działanie również jest świetne. Fajnie wygładza, jest niezwykle przyjemny w użyciu, skóra po zabiegu peelingowania jest miękka i gładka, wyraźnie nawilżona i zdrowa. Duży plus za skład kosmetyku, bo znajdziemy w nim olej z avocado, olej arganowy, maliny oraz masło Shea. U nas peelingi idą jak świeże bułeczki, także super, że w lutowym boxie był tego typu produkt.


 2.Shoap Shop Balsam YEN  44 zł
 Balsam do ciała w formie wegańskiego, naturalnego musu. Wygląda świetnie, ma fajny, nieduży szklany słoiczek, prosty, ekologiczny skład a na dodatek przepięknie pachnie. Wyczuwam przede wszystkim zapach bzu, więc na wiosnę będzie idealny. Poręczne opakowanie daje możliwość zabrania go ze sobą wszędzie, nawet do torebki! Mam spory zapas mazideł do ciała, ale w okolicach kwietnia z całą pewnością zacznę się nim smarować. W końcu kiedy mam pachnieć bzami, jak nie wiosną???



 3.INDIGO Oliwka do skórek Raspberry Love 9,9 zł
Mój hit tego pudełka! Niewielka rzecz,a ucieszyłam się z niej najbardziej. Po prostu nie miałam w domu absolutnie żadnej oliwki do skórek/paznokci. Czasem lubię na noc, po wtarci kremu do rąk użyć sobie właśnie czegoś tłustego na okolice skórek. Zwykle używałam gęstych balsamów, no ale wiecie...to nie to samo! Dlatego oliwka była super niespodzianką i w dodatku bardzo przydatną. Pięknie pachnie, elegancko wygląda i ma działanie odżywcze. Nie rozstaję się z nią, jest moim lutowym ulubieńcem :-)))))





 4. Cocsodi Koreańska maska w płachcie Panda 9.99 zł
Jak już wiecie baaaardzo lubię maski w płachcie, uważam, że są mega wygodne i mają fajne działanie odświeżające i nawilżające. Ta z lutowego boxa ma wyciąg z bambusa, oraz ekstrakt z pereł .Jeszcze jej nie użyłam, ale to tylko kwestia czasu. Koreańskie kosmetyki są ostatnio bardzo popularne, a ja chętnie sięgam po takie produkty. Za każdym razem niezmiennie cieszę się z maseczek, więc ja jestem na plus.



5. Zaparzacz do herbaty "serce".7.99 zł

Gdy wyciągnęłam go z pudelka i zobaczyła go moja córka, to była zachwycona. Ja nieco mniej. Po pierwsze bardzo ciężko było nam otworzyć serduszko, aby nasypać do środka suszu herbacianego. Jak już po kilku minutach walki nam się udało, to potem tak samo ciężko było go otworzyć w celu wymycia. Przyznam, że jestem także mocno sceptycznie nastawiona do plastikowych zaparzaczy. Plastik plus wrzątek? Nie. Fajny wygląd, raczej jako gadżet do zdjęcia, niż do codziennego stosowania. Zostaję przy metalowym zaparzaczu :-)


6.  Dary Natury Herbatka z owocem róży 6.49 zł

Pyszna. Aromatyczna, odpowiednia pod względem koloru, jak i smaku. Owo/c róży ma od dawna zastosowanie w medycynie niekonwencjonalnej, pomaga m.in w chorobach układu pokarmowego, zawiera witaminy i sole mineralne.
Jestem fanką herbat i zawsze są one mile widziane w moim domu. A ta jest naprawdę smaczna, polecam jeśli ją gdzieś spotkacie. 
Opakowanie trochę nie przetrwało, ale cóż :-)

7. Książka

Tym razem dostałam tytuł, który znalazł chętnych w osobach moich dzieci. To fantastyka, a ja póki co nie przełamałam się jeszcze do tego typu historii. Za to dzieciaki wyraziły ogromną chęć jej przeczytania. I dobrze, bo ja mam sporo na swoich półkach, a taka lekka fantastyka z pewnością przyda się moim pociechom np na wakacje. Znacie ten tytuł? Fajna?

Pierwszy tom nowej serii fantasy dla młodzieży. Dla fanów „Zwiadowców” i „Opowieści z Narnii”.

Wszyscy w Moorvale wierzą w legendę, że odważny rycerz Tristan i sławny mag Vithric w czasie wielkiej wojny, lata temu pokonali zło uosobione przez Nethergrima, inaczej zwanego Otchłannym, Kołyskowym Złodziejem czy Klątwą Matek, który porywał i więził niewinne dzieci. Do dziś śpiewane są pieśni o Tristanie i Vithricu, a na cześć bohaterów organizuje się niezliczone święta i festiwale. Jednak znowu dzieje się coś złego. Znikają zwierzęta, pozostają po nich tylko kości. Zaczynają ginąć dzieci. Szepty zamieniają się w krzyk. Nethergrim powrócił!
Brat Edmunda jest jednym z zaginionych. Edmund wie, że musi coś zrobić, aby uratować jego życie. Ale co? Wraz z przyjaciółmi pokonuje swój starch i wyrusza do walki ze złem, którego mocy nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić…



Tak się przedstawia cały box lutowy. Ja cieszę się do dziś z jego zawartości. A Wam się spodobał? Jak oceniacie? Skusicie się ma edycję marcową?
Buziak!!!

środa, 30 stycznia 2019

Co tak pachnie? Yankee Candle Winter Wonder | Recenzja


Zima  pełni, a ja ani myślę palić wiosenne zapachy :-) Kiedy śnieg i mróz za oknem, ja uwielbiam otaczać się świecami w klimatach stricte zimowych. Wszelkie otulacze, jedzeniówki, słodkości są teraz jak najbardziej mile widziane. Mam w planach jeszcze przez cały luty palić świece zimowe, a od marca dopiero cieszyć się kwiatowymi i świeżymi zapachami.





Dziś przedstawię Wam świecę, która towarzyszyła mi przez cały styczeń. Zapach ten otrzymałam już pod koniec listopada, jednak grudzień sprzyjał odpalaniu świec bardziej świątecznych, korzennych. Ten zapach spokojnie można palić poza sezonem świątecznym , dlatego zostawiłam go sobie na styczeń.
Winter Wonder zachwyca naklejką. Jest trochę w klimatach Winter Glow, i to nie tylko za sprawą etykietki utrzymanej w podobnym klimacie, ale też ze względu na wyczuwalną miętę. Ogólne wrażenie jest super, świeca jest w przepięknym budyniowym kolorze, a wspomniana już naklejka sama stanowi najlepszą ozdobę. Wprowadza w błogi nastrój i nic tylko zaszyć się z taką świecą w przytulnym domku, zaparzyć kubek aromatycznej herbaty i zasiąść w fotelu z ciekawą książką.



Zapach na pierwsze powąchanie sprawia wrażenie chłodnego, właśnie za sprawą dodatku mięty. Nie jest ona dominująca, ale dla mnie była wyczuwalna. Dlatego wspomniałam wcześniej,że kompozycja zapachowa odrobinę przypominała mi Winter Glow.  Jednak w tej drugiej nie było tyle przytulności i słodkości, co w Winter Wonder. Glow jest bardziej chłodny, perfumeryjny i leśny, ma się wrażenie, że tak pachnie mroźny styczniowy dzień w lesie. Winter Wonder na całkowicie inny wydźwięk. Zapach jest zdecydowanie bardziej kremowy, lekko cytrusowy a jednocześnie słodki. Na pewno wyczuwam w tej świecy sporo wanilii, trochę mniej cytrusów i w tle słodką miętę. Zapach jest bardzo zrównoważony, nienachalny i na tyle stonowany, że będzie stanowił miłe tło w pomieszczeniu, w którym się pali. Idealny do popołudniowego relaksu, czy weekendowego odpoczynku. Na pewno nie zmęczy, nie przyprawi o ból głowy, nie sprawi, że będziemy mieli go dość. Dla fanów killerów świecowych może być rozczarowaniem delikatna moc, chociaż u mnie ładnie dawał radę w salonie. Teraz, gdy piszę tę recenzję świeca już została przeze mnie w całości wypalona. Świadczy to o tym, że polubiłam się z tym zapachem bardzo. Polecam Wam, jeśli lubicie słodkie zapachy przełamane innymi nutami. Warto wypróbować np w formie wosku :-)

Serdecznie dziękuję Grupie Zachodniej za możliwość testowania :-)

piątek, 25 stycznia 2019

ChillBox - edycja Syczeń 2019 | Recenzja

Kochani! Znów przychodzę do Was, by przedstawić Wam zawartość boxa styczniowego.
Oczywiście jak zawsze myślą przewodnią tego pudełeczka jest dostarczenie klientkom relaksu i radości z otrzymanych produktów. Jak co miesiąc w środku możemy znaleźć książkę, kosmetyki pielęgnacyjne, gadżety, oraz smaczne przekąski.
Jak na pierwszy rzut oka podoba Wam się zawartość? Bo mnie bardzo :-)


1.Książka, którą otrzymałam to kryminał (a te jak wiecie lubię barrrdzo!). Wyspa strachu, Håkan Östlundh
Zapowiada się bardzo obiecująco, nie czytałam jeszcze nic tego autora, więc tym bardziej z ciekawości chętnie sięgnę po ten tytuł. Czy się okaże równie mroczny jak się zapowiada? Dam znać :-)



2.  Huangjisoo maseczka w płachcie rozjaśniająco-rozświetlająca.
Super. Uwielbiam wszelkie maski w płachcie. Są wygodne i przyjemne w użytkowaniu. Lubię testować nowości, a takiej jeszcze nie miałam. Za każdym razem jak otrzymuję maskę w płachcie bardzo się cieszę, bo zajmują mało miejsca w szufladzie z kosmetykami, zużywam je na bieżąco i nie zdążę się nimi znudzić, bo za każdym razem mogę nakładać sobie inną. Super sprawa dla zabieganych, ale też dla tych, co lubią z maseczką poleżeć chociaż kwadransik.
Ta, którą otrzymujemy w boxie ma wyciąg z czerwonych owoców,aceroli i jabłka. Dzięki zawartej witaminie C poprawia koloryt skóry, zwalczając m.in szary koloryt cery. Jak dla mnie bomba! Zaraz ją wypróbuję :))))



3.Płyn do demakijażu Derma.
Z tą marką zapoznałam się już również dzięki Chillboxowi. Żel do mycia twarzy, który otrzymałam chyba w sierpniowej edycji używałam z prawdziwą przyjemnością aż do grudnia. Tym razem znalazłam preparat do demakijażu i przyznam, że on także poszedł od razu na półkę łazienkową. Jest to bardzo delikatny, organiczny kosmetyk, który świetnie radzi sobie z każdym makijażem. Przyznam, że płyn z Dermy uratował moje oczy przed szczypaniem, które spowodował inny płyn micelarny. Przy użyciu tego produktu nie występuje żadne pieczenie, zaczerwienienie itp. Makijaż zmywa się bardzo szybko i dokładnie, a przy tym niezwykle delikatnie. Bardzo się polubiliśmy. 


4.GLOV - Zestaw Sleeping Beauty.

Gadżety, które sprawiły nam największą radość. Brokatowa opaska na oczy znalazła już swoją właścicielkę, w postaci mojej córki. Była dziewczyna zachwycona, bo od jakiegoś czasu chciała mieć taki "bajer". A że ten jest w cekinki, to już w ogóle och i ach. Ja z chęcią jej odstąpiłam to cudo, ponieważ mam klaustrofobię i nie lubię jak coś mi zakrywa twarz, czuję się jak w klatce wtedy. Jestem zadowolona, że maska ma swoją właścicielkę, która używa jej codziennie! Serio!





Drugą rzeczą w tym zestawie była rękawiczka do naturalnego zmywania twarzy, tylko przy użyciu wody. Byłam bardzo ciekawa tego produktu, lubię testować takie gadżety, bo pewnie sama bym tego nie kupiła. Rękawiczka jest wykonana bardzo starannie, a jej miękka powierzchnia zachęca do jej używania. Póki co jestem z niej zadowolona, skóra po jej użyciu jest delikatna, miła w dotyku i przyjemnie odświeżona. 

5. Coco Cool  - woda kokosowa

Naturalna woda kokosowa wraz z kawałkami tego miąższu. Niestety zdjęcia brak, ponieważ od razu po otrzymaniu paczki otworzyłam puszkę tego napoju i wraz z córką robiłyśmy pierwsze testy. Potem odruchowo puste opakowanie powędrowało do kosza na śmieci :-)
Moja wrażenia? No cóż, ja wolę kokosa w Rafaello :-) Ale córce bardzo smakowało i to ona wypiła jakieś 3/4 puszki. Sama pewnie bym tego nie kupiła, dlatego cieszę się, że miałyśmy szansę na wypróbowanie tego cuda, właśnie dzięki ChillBox.

6.Feel Fit - Proteinowe kulki o smaku kokosowym.

Znów kokos, ale w tym wydaniu go uwielbiam!!! Idealne, zdrowe odzwierciedlenie popularnego Rafaello. Kuleczki te już miałam okazję spróbować dzięki kalendarzowi adwentowemu ChillBox. Bardzo mi smakowały! W ogóle jak otwierałam pudełko, to moja córcia krzyczała "może będą kokosowe kulki"...no i były! Ogromnie się ucieszyła, muszę koniecznie poszukać ich gdzieś w stacjonarnym sklepie. Świetna przekąska!



Jak wrażenia? Podoba Wam się zawartość edycji styczniowej? Ja jestem bardzo zadowolona, szczególnie z maseczki, książki i gadżetów do spania. Bardzo mnie ciekawi, co też ekipa ChillBoxa wymyśli na miesiąc luty. Czy będzie serduszkowo-walentynkowo? A może coś zupełnie innego? Na pewno dam Wam znać, co też otrzymałam w edycji lutowej. Do kolejnego razu!

Pudełeczka  ChillBox możecie zamówić tu:
ChillBox



 

czwartek, 3 stycznia 2019

Co tak pachnie? Yankee Candle Glistering Star

Mamy już styczeń, po świętach zostało mi w domu kilka ozdób i (jeszcze!) choinka. Dziś chciałabym Wam zaprezentować zapach, jaki towarzyszył mi w grudniu. Jest to nowość marki Yankee Candle, którą miałam okazję przetestować w tym świątecznym miesiącu. Jest to zapach z kolekcji zimowej, dostępny w wielu rozmiarach świecy, oraz w woskach.





Na samym początku kilka słów o wyglądzie mojego średniego słoja. Oczywiście wygląda bardzo elegancko i świątecznie, za sprawą brązowo-bordowego wosku, oraz klimatycznej naklejki z gwiazdkami. Na pierwszy rzut oka można uznać, że świeca jest typowo w klimacie bożonarodzeniowym. I według mnie jest tak z jednej strony, ale niekoniecznie. Glistering Star faktycznie bardzo wpasowuje się w atmosferę grudnia, przygotowań do świąt, nadaje wnętrzu klimatu itp. Natomiast w porównaniu z innymi stricte "christmasowymi" świecami (Chrismtas Eve, Christmas Magic),zauważymy, że nie ma ona naklejki typowo związanej ze świętami. Nie ma na niej Mikołaja, choinki, za to są połyskujące świetlne gwiazdki, które pasują do atmosfery świąt, ale nie narzucają nam palenia tej świecy wyłącznie w tym okresie. I to już duży plus, ponieważ spokojnie możemy się cieszyć tm zapachem w inne chłodne miesiące, jak np teraz :-)




Podobnie jest z zapachem. Również nie jest to typowo świąteczna kompozycja składająca się z pomarańczy, żurawiny, czy korzennych przypraw.Chociaż wg opisu w świecy znajdują się nuty imbiru, czy gałki muszkatałowej, to ja zdecydowanie na pierwszym planie czuję wytrawną śliwkę i drzewo sandałowe. Glisterning Star w ogóle nie pachnie dla mnie świętami, ale jednocześnie pasuje do zimowej aury. Jest to zapach na pewno ciężki, nie ma w sobie nic ze świeżości, chłodu mięty czy eukaliptusa. Ta świeca bardziej przypomina mi eleganckie, wieczorowe, kobiece perfumy. Bardzo przyjemne, ale też jednocześnie mocne i "ogoniaste". Kiedy pierwszy raz zapoznałam swój nos z tym zapachem, moje myśli od razu pobiegły w kierunku Whiskers on Kittens. Skojarzyły mi się te dwa zapachy Yankee Candle, według mnie gwiazdki mają coś wspólnego ze słynnymi kotkami. Jeśli lubicie te drugie, to warto zapoznać się z Glistering.


Nie mogę także nie napisać o bardzo przyzwoitej mocy mojego egzemplarza. Pomimo palenia w latarence zapach pięknie rozszedł się po pokoju i był dobrze wyczuwalny. Myślę, że z każdym następnym paleniem będzie coraz mocniejsza. Nie miałam problemu z ładnym jej rozpaleniem, już po 1,5 godziny zrobił się całkiem fajny basenik.


Podoba mi się to, że Glisterning Star nie jest iście świąteczna. Oznacza to, że nie wyląduje w pudle w szafie i nie będzie czekała do kolejnego grudnia. Będę cieszyć się zapachem przez kolejne zimowe wieczory, aż do wiosny.
Już wkrótce kolejna recenzja zapachu, który towarzyszy mi w obecnej porze roku. Zapraszam :-)

wtorek, 4 grudnia 2018

Co tak pachnie? Yankee Velvet Woods | Seria Elevation

W tym roku po raz pierwszy spotykamy się z serią Elevation. To całkiem nowy wymiar świec Yankee Candle. Seria charakteryzuje się kwadratowymi słojami, złotymi pokrywkami, które mogą służyć także podstawka, oraz minimalistyczną etykietą. Jednym przypadły do gustu, inni wolą tradycyjne słoje. Ja osobiście byłam ich bardzo ciekawa, szczególnie wersji średniej, w której są aż trzy knoty!





Zapach Velvet Woods wzięłam w ciemno, po pozytywnych opiniach jakie znalazłam na grupach miłośników świec zapachowych. Czytałam, że jest elegancki, niejednoznaczny i moc ma bardzo przyzwoitą. Kiedy świeca trafiła w moje ręce już wiedziałam, że jestem "kupiona". Velvet Woods jest absolutnie przepiękny. Pachnie jak dobre perfumy, jest jednocześnie świeży i zmysłowy. Wyczuwam w nim aromat drewna, słodycz kwiatów i ciepło bursztynu. Jest zapachem wielowymiarowym i ponadczasowym. Myślę, że znajdzie wielu fanów. Mnie bardzo się spodobał, zarówno pod względem kompozycji zapachowej, jak i intensywności zapachu.

Moja świeca była w formacie średnim, bo taki też najbardziej mi się spodobał. Trzy knoty robią świetne wrażenie :-) Świeca dość długo dochodziła do ścianek, ale za każdym razem jej się to udawało. Nie mogę narzekać także na moc, w tym przypadku zapach Velvet Woods był bardzo dobrze wyczuwany. Paliłam tę świecę w dużym pokoju, a zapach "wyszedł" na korytarz i resztę domu. Nie można się przyczepić do braku mocnego aromatu podczas palenia :)



Mój słoik palił się około 6 razy. Ale to dlatego, że teraz, w okresie jesienno-zimowym jak już odpalę jakiś zapach w godzinach popołudniowych, to zwykle gaszę go dopiero około północy, gdy idę spać. średnia wersja Elevation pali się do 38 godzin, więc taki średniak starcza na kilka długich paleń. Jeśli macie ochotę na dłuższą przygodę z tą serią, to są także duże wersje :-)
Mam ochotę poznać inne zapachy tej serii. A Wy jesteście jej ciekawi? Podoba się Wam ten design?
Dajcie znać :)))


poniedziałek, 26 listopada 2018

Karolina Wilczyńska "Spełnione życzenia"




Kiedy wybierałam ten tytuł jako  książkę do czytania na teraz, sugerowałam się uroczą okładką i lekkim, niezobowiązującym opisem. Pomyślałam, że będzie to świetna odskocznia od cięższej tematyki, którą czytam zazwyczaj. Wiecie...takie babskie czytadło w tematyce bożonarodzeniowej.
Jestem tuż po tym, jak przeczytałam ostatnie zdanie tej książki. I muszę Wam napisać, jak bardzo się pomyliłam. "Spełnione życzenia" to jedna z najbardziej wzruszających, słodko-gorzkich historii, jakie ostatnio czytałam. To zlepek losów ludzkich, spisanych na kartach książki. Bez lukru, bez zbędnego słodzenia, po prostu lekcja życia.

Wielu bohaterów, wiele tragedii, zmartwień, szarej codzienności, ale też powodów do uśmiechu. Jedni walczą o przetrwanie, brakuje im pieniędzy na wymarzoną wigilię z bliskimi, inni mają dostatnie życie, ale brakuje im dziecka. Są dylematy, jak powiedzieć rodzicom o swojej homoseksualności, albo jak przekonać bliskich, że związek z umierającym chłopakiem ma sens. Jak zapewnić wnukom godne życie, jeśli samej nie ma się już siły na nic? Czy zdradzona żona wybaczy niewierność? Co musi się stać, by los się odmienił?
Ilu bohaterów, tyle smutnych historii i tyle życzeń do spełnienia. I gdzieś tam pośród nich mała dziewczyna przy centrum handlowym, skulona z zimna, również czeka na swój cud...

Miała to być książka na jeden wieczór, lekka, przyjemna, o której szybko zapomnę. Już po kilku pierwszych stronach wiedziałam, że Karolina Wilczyńska zafundowała czytelnikom dawkę porządnych emocji i wzruszeń. Zwykłe historie, codzienne problemy i bohaterowie z krwi i kości, to niewątpliwie największe atrybuty tej powieści. Akcja dzieje się w dzień wigilii, poznajemy po kolei losy każdej postaci z powieści Karoliny Wilczyńskiej. Ich rozterki, problemy, zmartwienia. Wydawać by się mogło, że wigilia i zbliżające się święta powinny nieść uśmiech i radość. Ale czy nie jest tak w życiu, że każdemu z nas czegoś brakuje? Wszyscy mamy skryte pragnienia, życzenia, które mamy nadzieję, że się spełnią. Czasem są to drobiazgi, jak nowy telefon, czy stylowy mebel. A niekiedy marzymy o czymś znacznie ważniejszym, żeby ktoś nam bliski był przy nas, żeby było co do garnka włożyć, żeby zdrowie nam dopisywało. I o tym właśnie jest ta książka. Autorka w niesamowicie prosty, ale chwytający za serce sposób przedstawiła ciche pragnienia zwykłych ludzi. Takich jak my. Pokazała, że każdy ma swoje problemy, niezależnie od tego kim jest i jaki status społeczny reprezentuje. Poprzez zgrabny rozwój akcji połączyła w pewnym momencie losy swoich bohaterów, powodując miliony emocji podczas czytania. Z zapartym tchem czytałam i byłam ciekawa, jak autorka pokieruje życiem swoich postaci. Niejednokrotnie oczy zachodziły mi łzami, ale uparcie brnęłam w to dalej...

 W pewnym momencie czytania miałam wrażenie, że "Spełnione życzenia" skończą się bardzo przygnębiająco. Z jednej strony nie pomyliłam się aż tak bardzo, ale z drugiej muszę przyznać, że takie końcówki najbardziej lubię. Zero słodzenia, a samo życie. Dużo łez wzruszenia, momenty smutku i nostalgii mieszały się z nadzieją, że będzie dobrze.
Dla jednych ta wigilia skończyła się tragicznie, po to, by dla kogoś innego zapaliło się światełko w tunelu. Niesamowita powieść. Pełna ciepła, dająca nadzieję i pociechę w trudnych chwilach. Pokrzepiająca, czasem trudna, ale  z ogromnym przesłaniem.
To była sama przyjemność!

Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona!





czwartek, 15 listopada 2018

Laila Shukri "Jestem żoną terrorysty"



Z twórczością tej autorki miałam przyjemność spotkać się podczas sagi perskiej. Czytałam te książki całkiem niedawno, bo chyba pod koniec wiosny. Pamiętam, że bardzo wciągnęłam się w opisywane przez Lailę historie kobiet, które dramatycznie się kończyły, pomimo zwykle bajkowego początku.
"Jestem żoną terrorysty" zaciekawia już tytułem i opisem.  To kolejna niesamowicie porywająca opowieść o losach kobiety, która pokochała obcokrajowca. To książka, która jest, według mnie, bardzo potrzeba w dzisiejszych czasach, gdzie wycieczki do egzotycznych krajów są na porządku dziennym. To także bardzo ważna lekcja dla współczesnych kobiet, bez względu na wiek, poglądy czy status społeczny. Bo przecież miłość nie wybiera, prawda? Ale za to jak oślepia!

Klaudia wpada w depresję z powodu utraty pracy. Stanowisko które obejmowała w korporacji było dla niej całym światem.Całkiem mu się podporządkowała, spędzała w pracy każdą wolną chwilę, nie zwracając uwagi nawet na to, że jej ówczesnemu narzeczonemu to bardzo przeszkadza. Efektem tego było rychłe rozstanie z partnerem i znów całkowite oddanie się pracy. Kiedy Klaudia traci swoją posadę nagle nie ma co zrobić ze swoim życiem. Postanawia wykorzystać swoje oszczędności i rezerwuje wycieczkę do wymarzonego Maroka. To ma być wyjazd jej życia, wyczekany, wyśniony, taki, który przyniesie ukojenie po stresujących chwilach. Klaudia wyjeżdża, lecz okazuje się, że wykupiona wycieczka nie do końca spełnia jej wymagania. Dziewczyna jest ciekawa świata i pragnie jak najwięcej zwiedzić. Z pomocą przychodzi jej polecony przez koleżankę Raszid- przystojny marokańczyk. To on poświęca swój czas i pokazuje Klaudii Maroko i Casablancę z jak najlepszej strony. Piękne krajobrazy, miejsca wprawiające w zachwyt i romantyczne spacery, to wszystko sprawia, że Klaudia niemal od razu zakochuje się w Raszidzie. On oczywiście obiecuje jej życie jakiego jeszcze nie znała, a ona połyka jego słowa i obietnice bez żadnego zastanowienia. Zakochana dziewczyna przyjmuje propozycje przyjazdu do Londynu i mniej więcej w tym miejscu bajka się kończy...a zaczyna koszmar.  Raszid nie spełnia żadnej obietnicy, wręcz przeciwnie, okazuje się, że jest terrorystą, bezwzględnym i zdolnym do wszystkiego. Dla Klaudii zacznie się przerażająca walka o swoje życie, o swoje bezpieczeństwo i o powrót do normalności.

Opisana historia przyprawia o ciarki na plecach. Nie do uwierzenia jest to, jak szybko można zmanipulować drugiego człowieka. Raszid okazał się perfekcyjnym kłamcą, obiecywał złote życie a doskonale wiedział, że spragniona miłości dziewczyna szybko zgodzi się na każdy jego warunek.
W książce "Jestem żoną terrorysty" Laila Shukri ukazuje jak naiwność młodej dziewczyny została brutalnie wykorzystana. Autorka ostrzega, aby nie ufać nieznajomym, szczególnie jeśli jest to osoba innego wyznania, pochodząca z innej kultury itp. Malownicze krajobrazy przysłoniły bohaterce zdolność logicznego myślenia. Klaudia sądziła, że wygrała los na loterii. I właśnie bardzo często tak jest, że jadąc na wakacje mamy jakieś swoje wyobrażenia o tym wyjeździe, marzymy o wielkich przygodach i miłosnych uniesieniach. Urlop jednak szybko mija, a wraz z nim wraca szara rzeczywistość. Klaudia zapłaciła bardzo wysoką cenę za swoją ufność.Czy było warto? Myślę, że odpowiecie sobie sami na to pytanie.

Książka napisana  przystępnym językiem, chociaż traktuje o bardzo poważnych sprawach. Pomimo to czytało mi się bardzo sprawnie, jest to historia do przeczytania w jeden, góra dwa wieczory. Przez pierwsze 100 stron miałam wrażenie, że czytam ciekawy romans, a nasi bohaterowie przeżywają właśnie piękną miłość w urokliwym Maroku. Niestety, potem napięcie tylko rosło a wraz z nim moja ciekawość, co dalej??? Czytałam i nawet nie wiem kiedy ją skończyłam. Lubię pióro pani Shukri, bo swoją prostotą potrafi trafić do czytelnika. Z pewnością jeszcze nie raz sięgnę po podobne historie, bo zapadają na długo w pamięć i dają ważną lekcję na przyszłość. Polecam :-)

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!