Końcówka lutego, ostre mrozy na zewnątrz a ja dziś przychodzę do Was z recenzją zapachu, który idealnie Was otuli i nada wnętrzu przytulności. Mowa oczywiście o jesiennej nowości (Q3 2017) Yankee Candle, czyli Warm Cashmere.
Zwróciłam na niego uwagę od kiedy tylko ta kolekcja pojawiła się w sprzedaży. Bardzo lubię wszelkie kaszmirowo-sweterkowe zapachy. Szczególnie jesienią i zimą, według mnie idealnie pasują i zwykle ich zapachy są tak skomponowane, że każdy znajdzie coś dla siebie. Nie przepadam za nutą kremu Nivea w świecach "sweterkowych" i ciszę się, że Warm Cashmere spełnił moje oczekiwania. Ale o tym za chwilę.
Pierwsze wrażenie, to oczywiście ocena wizualna produktu. Nie mam się do czego przyczepić, świeca prezentuje się pięknie. Beżowy kolor wosku idealnie współgra z kocykami na etykiecie. Sama w sobie jest bardzo elegancka i ponadczasowa. Myślę, że taka świeczka będzie piękną ozdobą niejednego salonu czy sypialni.
Zapach jest dokładnie taki, jakiego się spodziewałam. Ciepły, otulający i kremowy. Wyczuwalna jest dobrze paczula i moje ukochane drzewo sandałowe, całość delikatnie podbita słodką wanilią. Jest to kompozycja świetnie wyważona, nie jest ani za słodka, ani zbyt kremowa. Warm Cashmere jest zapachem, który pokochają wszyscy, którzy lubią kremowe, perfumeryjne i kosmetyczne zapachy. Da mnie mógłby pachnieć tak jakiś luksusowy balsam do ciała. Trochę słodkości a trochę perfum. Bardzo udana kompozycja.
Moc zaliczam raczej do tych słabszych, ale wyczuwalnych. Czyli dla mnie ideał. Jak wiecie, ja nie lubię mocnych wosków i świec, ponieważ mam po nich migrenowe bóle głowy. Zdaje sobie sprawę z tego, że fani mocarzy mogą być rozczarowani mocą Warm Cashmere. Ja paliłam go w pokoju 20 m2 i stanowił świetne tło. Był jak najbardziej wyczuwalny i dzięki temu, że nie wywołał we mnie migreny, mogłam go palić naprawę wiele godzin.
Paliłam ją dwa razy, za każdym razem wypalała się dobrze, wspomagana jedynie illumą.
Podsumowując, Warm Cashmere to zapach idealny do wielogodzinnego palenia w sypialni czy w salonie. Nie męczy, nie przeszkadza, nie wywołuje zmęczenia zapachem. Subtelnie otula aromatem ciepłego, pachnącego sweterka, sprawia, że żaden mróz czy jesienna plucha nam nie straszne.
Pięknie wygląda i pachnie bardzo luksusowo. To jeden z tych zapachów, które polubi większość. Jeśli więc szukacie świeczkowego prezentu, rozważcie go koniecznie!
Za możliwość testowania świecy bardzo dziękuję Grupie Zachodniej, oficjalnemu dystrybutorowi Yankee Candle!
Świece i woski z tego zapachu możecie kupić tu:
https://yankeehome.pl/szukaj?submit_search=&controller=search&orderby=position&orderway=desc&search_query=warm+cashmere
wtorek, 27 lutego 2018
poniedziałek, 8 stycznia 2018
Co tak pachnie? Yankee Candle Snow in love
Witam Noworocznie! Na początku 2018 roku przedstawię Wam zapach, który towarzyszy mi od poprzedniej zimy, czyli już drugi sezon. Mowa o Snow In Love, zapachu najpopularniejszej marki świec - Yankee Candle.
To właśnie od tej firmy zaczęła się moja wielka przygoda z woskami i świecami zapachowymi.Będę mieć do niej zawsze ogromny sentyment.Wybór zapachów jest tak różnorodny, że każdy znajdzie coś dla siebie w ofercie tej firmy, zapraszam zatem do recenzji dzisiejszego zapachu.
Producent opisuje zapach tak: "Zakochaj się w zachwycającej mieszance przytulnego drewna i zimowej świeżości śnieżnego puchu.".
Cóż to oznacza? Opis, naklejka i nazwa wyraźnie dają odbiorcy do zrozumienia, że jest to typowo zimowy zapach. A ja twierdzę, że stanowczo wyjęłabym go ze sztywnych ram świąteczno-zimowych. Dlaczego? Ponieważ jest to kompozycja zapachowa, którą możemy cieszyć się niemal w każdą pogodę i każdą porę roku. No, może poza upalnymi dniami, kiedy potrzebujemy bardziej chłodnego i rzeźkiego zapachu. Snow tak naprawę jest tak uniwersalny, że z czystym sumieniem można go polecić na wiosnę, chłodne lato i jesień. Świeca ta nie ma w sobie żadnych nut korzennych, owoców, które kojarzą się ze świętami (żurawina, pomarańcze) ani igliwia. To bardzo udany, ciepły, perfumeryjny i otulający zapach. Kojarzy mi się z elegancką wodą toaletową, którą wypsikaliśmy wełniany szalik. Snow In Love jest bardzo kobiecy, lekko pudrowy ale świetnie wyczuwalny w pomieszczeniu.
Jak widać na zdjęciu, ja już mam tej świecy końcówkę i przyznaje, że już rozglądam się za woskami tego zapachu, bo na pewno wkrótce znów najdzie mnie ochota, by sięgnąć po niego.
Moc jak dla mnie absolutnie wystarczająca. Nie przyprawia o ból głowy, nie przytłacza, ale spokojnie wystarcza by wypełnić pięknych zapachem 20m pokój. Serdecznie polecam :-)
To właśnie od tej firmy zaczęła się moja wielka przygoda z woskami i świecami zapachowymi.Będę mieć do niej zawsze ogromny sentyment.Wybór zapachów jest tak różnorodny, że każdy znajdzie coś dla siebie w ofercie tej firmy, zapraszam zatem do recenzji dzisiejszego zapachu.
Producent opisuje zapach tak: "Zakochaj się w zachwycającej mieszance przytulnego drewna i zimowej świeżości śnieżnego puchu.".
Cóż to oznacza? Opis, naklejka i nazwa wyraźnie dają odbiorcy do zrozumienia, że jest to typowo zimowy zapach. A ja twierdzę, że stanowczo wyjęłabym go ze sztywnych ram świąteczno-zimowych. Dlaczego? Ponieważ jest to kompozycja zapachowa, którą możemy cieszyć się niemal w każdą pogodę i każdą porę roku. No, może poza upalnymi dniami, kiedy potrzebujemy bardziej chłodnego i rzeźkiego zapachu. Snow tak naprawę jest tak uniwersalny, że z czystym sumieniem można go polecić na wiosnę, chłodne lato i jesień. Świeca ta nie ma w sobie żadnych nut korzennych, owoców, które kojarzą się ze świętami (żurawina, pomarańcze) ani igliwia. To bardzo udany, ciepły, perfumeryjny i otulający zapach. Kojarzy mi się z elegancką wodą toaletową, którą wypsikaliśmy wełniany szalik. Snow In Love jest bardzo kobiecy, lekko pudrowy ale świetnie wyczuwalny w pomieszczeniu.
Jak widać na zdjęciu, ja już mam tej świecy końcówkę i przyznaje, że już rozglądam się za woskami tego zapachu, bo na pewno wkrótce znów najdzie mnie ochota, by sięgnąć po niego.
Moc jak dla mnie absolutnie wystarczająca. Nie przyprawia o ból głowy, nie przytłacza, ale spokojnie wystarcza by wypełnić pięknych zapachem 20m pokój. Serdecznie polecam :-)
środa, 22 listopada 2017
Max Czornyj "Grzech"
Uwielbiam książki z działu kryminał/thriller. Przeczytałam ich już całkiem sporo, i chyba ciężko mnie zaskoczyć dobrym pomysłem w tym gatunku literackim. Dość sceptycznie podchodzę do nowości i debiutów, ale tym razem egzemplarz który otrzymałam przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Napiszę Wam jedno: petarda!
W Lublinie dochodzi do tajemniczych zaginięć kobiet. Jedną z nich jest Marta Wolska, żona Roberta. W skrzynce na listy znajduje się tajemnicza wiadomość i właściwie na tym trop się kończy. Podobnie dzieje się u rodzin pozostałych zaginionych. Tymczasem w mieście w dziwnych okolicznościach zostają znalezione ciała młodych kobiet, są bardzo zmasakrowane, co wskazuje na zbrodnie psychopatycznego mordercy. Zaginięciami oraz szukaniem winnego zajmuje się miejscowa policja. Komisarz Eryk Deryło prowadzi dochodzenie, ścigając się zarówno ze zwyrodnialcem, jak i z czasem. Kto wygra ten wyścig?
Nie chcę spamować, dlatego opis jest taki skromny. Nie da się szczegółowo opisać kryminału bez niepotrzebnego zdradzania elementów fabuły. Dla wielbicieli gatunku to na pewno wystarczy, by byli mocno zachęceni do przeczytania. A jest zdecydowanie warto! Max Czornyj stworzył niesamowicie wciągającą historię, która zaciekawiła mnie już od pierwszych stron.
Przede wszystkim "Grzech" jest świetnie napisany. To typowy dreszczowiec w dosłownym słowa tego znaczeniu. Wywołał u mnie ciarki na plecach i strach niemal przy każdej czytanej stronie. Dosadne, brutalne opisy morderstw i tortur, jakie były stosowane u ofiar, sprawiły, że autentycznie bałam się zasnąć wieczorem. Nie jest to książka dla wrażliwców, zdecydowanie. Ja kocham takie emocje podczas lektury. Tysiąc myśli na minutę, rozważania kto zabija, kto porywa, kto kłamie a kto mówi prawdę. To są moje klimaty, i bardzo się cieszę, że spędziłam chwile z debiutem pana Maxa.
Książkę czyta się wyjątkowo szybko, nie ma tu mowy o nudzie, czy zbędnych opisach. Akcja ciągle zaskakuje, bohaterowie nie są jednobarwni, a zagadka ciągle pozostaje nierozwiązana. Byłam pod ciągłym wrażeniem, że autor tak zwinnie manipuluje czytelnikiem i do samego końca nie pozwala zwolnić jego myślom. Jestem przekonana, że "Grzech" wybije się bardzo wysoko wśród literatury tego gatunku. Ostatni raz podobne emocje przeżywałam czytając "Behawiorystę" R. Mroza i dla mnie Max Czornyj jest idealnym pisarzem, który bez trudu odnajdzie swoich zwolenników. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że "Grzech" jest napisany na tak wysokim poziomie, jak właśnie książki Remigiusza Mroza.
Z ogromną przyjemnością sięgnę po kontynuację "Grzechu", która ukaże się na początku 2018 roku w wydawnictwie Filia. Jestem ciekawa czym tym razem autor zaskoczy swoich czytelników. Mam tylko nadzieję, że tym razem nie zostawi takiego zakończenia, bo podczas czytania "Grzechu" dwa razy wracałam do ostatnich rozdziałów, by upewnić się, czy aby na pewno wszystko dobrze zrozumiałam...?
Serdecznie polecam, rewelacyjna książka, oby więcej takich!
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Filia oraz Autorowi.
niedziela, 5 listopada 2017
Co tak pachnie? Goose Creek - French Autumn
Jesień rozgościła się u nas na całego, przynosząc na przemian raz zimne i deszczowe, raz ciepłe i słoneczne dni. W te drugie najbardziej lubię rozpalić w kominku wosk, który nastraja mnie optymistycznie i dodaje energii. Mowa o French Autumn, znanej marki Goose Creek.
Zacznę od wyglądu. Tutaj muszę się Wam przyznać, że sama nigdy bym po ten zapach nie sięgnęła. Nie zwróciłam żadnej uwagi na naklejkę, i nadal uważam, że jest nieco odpychająca. Nijak nie pasuje mi ten obrazek, do naprawdę pięknego zapachu, jaki kryje się w środku. Przed testowaniem byłam skłonna uwierzyć, że French Autumn będzie mdły i ponury, jak widać nie warto oceniać czegoś po opakowaniu.
Dzięki namowom Julity ze sklepu Pachnąca Wanna wosk mam u siebie i jestem w nim zakochana! Piękny, głęboki fioletowy kolor wosku wygląda cudnie w kominku zapachowym a jego zapach przypomina mi o ciepłych dniach lata i wczesnej jesieni. Musicie go wypróbować!
Producent pisze o tej kompozycji zapachowej tak: "Tej jesieni koniecznie odwiedź Paryż, wystarczy że zapalisz świecę by poczuć magiczna atmosferę przesyconą zapachami figowych liści, śliwek, mandarynek uzupełnionych bukietem kwiatów pomarańczy, dzikich malin i storczyków. Cudowne wykończenie kompozycji zapewnia kremowe, ciepłe drewno sandałowe."
Według mojego nosa, jest to opis zgodny z rzeczywistością. Na pierwszym "planie" wyraźnie czuć w nim owoce, takie kwaśne, świeże i soczyste. Wyobraźcie sobie garść słodkich mandarynek, kwaśnych śliwek i malin prosto z krzaka. Jecie je w słoneczny wrześniowy dzień, pośród pierwszych spadających liści i delikatnego jesiennego wiatru. Czujecie ten klimat? Ja za każdym razem, gdy odpalam French Autumn, tak właśnie się czuję :-)
Teraz, kiedy mamy listopad i aura nas nie rozpieszcza, warto od czasu do czasu poprawić sobie humor takim mocno owocowym zapachem. Ale nie myślcie, że French Autumn to odpowiednik Fruit Salad Yankee Candle, tutaj zapach ma coś z elegancji, otula kremowym tłem i wprowadza w typowo jesienny (ale nie depresyjny!) nastrój.
Moc bardzo dobra, pół kostki wystarczyło mi na dwa palenia po 2 godziny.
Wosk możecie kupić tu:
https://www.pachnacawanna.pl/pl/p/Wosk-zapachowy-FRENCH-AUTUMN-Goose-Creek-Candle/1569
Jeśli jesteście z Warszawy, koniecznie odwiedźcie Julitę stacjonarnie przy ulicy Orzyckiej 6.
Za możliwość testowania serdecznie dziękuję Julicie z Pachnącej Wanny!
Zacznę od wyglądu. Tutaj muszę się Wam przyznać, że sama nigdy bym po ten zapach nie sięgnęła. Nie zwróciłam żadnej uwagi na naklejkę, i nadal uważam, że jest nieco odpychająca. Nijak nie pasuje mi ten obrazek, do naprawdę pięknego zapachu, jaki kryje się w środku. Przed testowaniem byłam skłonna uwierzyć, że French Autumn będzie mdły i ponury, jak widać nie warto oceniać czegoś po opakowaniu.
Dzięki namowom Julity ze sklepu Pachnąca Wanna wosk mam u siebie i jestem w nim zakochana! Piękny, głęboki fioletowy kolor wosku wygląda cudnie w kominku zapachowym a jego zapach przypomina mi o ciepłych dniach lata i wczesnej jesieni. Musicie go wypróbować!
Producent pisze o tej kompozycji zapachowej tak: "Tej jesieni koniecznie odwiedź Paryż, wystarczy że zapalisz świecę by poczuć magiczna atmosferę przesyconą zapachami figowych liści, śliwek, mandarynek uzupełnionych bukietem kwiatów pomarańczy, dzikich malin i storczyków. Cudowne wykończenie kompozycji zapewnia kremowe, ciepłe drewno sandałowe."
Według mojego nosa, jest to opis zgodny z rzeczywistością. Na pierwszym "planie" wyraźnie czuć w nim owoce, takie kwaśne, świeże i soczyste. Wyobraźcie sobie garść słodkich mandarynek, kwaśnych śliwek i malin prosto z krzaka. Jecie je w słoneczny wrześniowy dzień, pośród pierwszych spadających liści i delikatnego jesiennego wiatru. Czujecie ten klimat? Ja za każdym razem, gdy odpalam French Autumn, tak właśnie się czuję :-)
Teraz, kiedy mamy listopad i aura nas nie rozpieszcza, warto od czasu do czasu poprawić sobie humor takim mocno owocowym zapachem. Ale nie myślcie, że French Autumn to odpowiednik Fruit Salad Yankee Candle, tutaj zapach ma coś z elegancji, otula kremowym tłem i wprowadza w typowo jesienny (ale nie depresyjny!) nastrój.
Moc bardzo dobra, pół kostki wystarczyło mi na dwa palenia po 2 godziny.
Wosk możecie kupić tu:
https://www.pachnacawanna.pl/pl/p/Wosk-zapachowy-FRENCH-AUTUMN-Goose-Creek-Candle/1569
Jeśli jesteście z Warszawy, koniecznie odwiedźcie Julitę stacjonarnie przy ulicy Orzyckiej 6.
Za możliwość testowania serdecznie dziękuję Julicie z Pachnącej Wanny!
wtorek, 10 października 2017
Co tak pachnie? Kringle Candle - Cashmere & Cocoa
Kochani, dziś kilka słów na temat jednego z moich absolutnych ulubieńców. Mowa o innej marce niż poprzednio, czyli o Kringle Candle. Świece te charakteryzują się wysokim prostym słojem i zawsze białą barwą wosku, dzięki czemu pasują optycznie do każdego wnętrza. Duży słój będzie nam służył do 110 godzin a dzięki zastosowaniu dwóch knotów świeca rozpala się błyskawicznie.
Cashmere & Cocoa to idealny zapach na chłodne dni. Wyobraź sobie, że siedzisz w wygodnym fotelu a Twoją skórę okrywa miękki sweter. W dłoni trzymasz kubek gorącego kakao a na deser masz opakowanie pianek marshmalow. Własnie tak pachnie ta świeca, naklejka idealnie odzwierciedla zapach. To wspaniałe i kremowe połączenie pachnącego kaszmirowego swetra, ciepłego kakao i słodkich pianek. Zapach bardzo przypomina mi moje ulubione Fireside Treats Yankee Candle, ale Kringle wygrywa, jeśli chodzi o moc. Tamtych pianek prawie nie czuję w pokoju, zaś Cashmere & Cocoa są wyczuwalne bardzo dobrze.
Polecam serdecznie zacząć od chociażby wosku, alby przekonać się czy ta kompozycja zapachowa Wam odpowiada. Jestem pewna, że większości spodoba się ten otulacz i umili jesienne wieczory. Dla miłośników słodkich, jedzeniowo-kremowych zapachów jest to po prostu must have.
Ja dopalam właśnie już drugi duży słój i jak się skończy to wiem na pewno, że będę za nim tęsknić. Na szczęście zapach jest w stałej ofercie i występuje w formie dużego, średniego i małego słoja, daylighta oraz wosku.
Na stronie producenta zapach jest teraz w promocji:
https://www.kringle.pl/listaProduktow.php?dbFin=cocoa&szukaj=&kat=0&idz=
poniedziałek, 9 października 2017
Co tak pachnie? Goose Creek Candle Staying Home
Jesień zawitała na całego. Drzewa mienią się różnymi kolorami żółci, brązu i czerwieni a deszczowe dni pojawiają się coraz częściej. Długie i chłodne wieczory nastrajają do tego, by spędzać je w domu w towarzystwie ciepłego koca, książki i kubka kakao. Ja dziś zaproponuję Wam kolejnego "czasoumilacza" w postaci świecy zapachowej marki Goose Creek Candle. Od dziś na blogu pojawiać się będzie seria wpisów Co tak pachnie? Będę w nich opisywała nowości i ulubieńców z kategorii świec i wosków zapachowych. Mam nadzieję, że dzięki moim poleceniom skuszę Was na zakupy świeczkowe :-)
Dzięki uprzejmości Julity ze sklepu Pachnąca Wanna, mam okazję przedstawić dziś zapach Staying Home. Jest to nowość jesienna wypuszczona na rynek świeczkowy przez markę Goose Creek, popularnie zwaną gąskami.Świeca ta, jak i pozostałe z tej marki, posiada dwa knoty, przez co szybko i bezproblemowo się rozpala, nie tworząc brzydkiego tunelu na ściankach. Sposób ten sprawia, że możemy się cieszyć nią do samego końca, nie marnując wosku. Producent zapewnia, że świeca wystarczy na około 150 godzin palenia. Jeśli będziemy prawidłowo palić, to jak najbardziej na tyle właśnie nam wystarczy.
Wizualnie świeca jest przepiękna. Wiele osób, w tym oczywiście ja, zauroczyło się już samym wyglądem, zanim jeszcze było wiadomo jak pachnie. Szary wosk, oraz etykieta z uroczym kotem zachęciła do jej wypróbowania. Jeśli chodzi o zapach, to producent opisuje go tak:
"Zapach spokoju i relaksu w domowym zaciszu. Połączone w kompozycji zapachowej nuty bursztynu, bergamotki, wanilii, cytrusów i kaszmiru zapewnią idealne warunki do komfortowego wypoczynku."
Ja osobiście, nie wyczuwam żadnych konkretnych nut zapachowych w tej świecy, ale z jednym się zgadzam. Jest to niezwykle ciepły, odprężający zapach. Ma w sobie zarówno świeżość, jak i słodycz. Delikatnie perfumeryjna nuta nadaje mu elegancji i klasyki. Jest to przepiękny zapach, który będę polecać każdemu. Dzięki temu, że nie wyczuwam żadnych konkretnych nut zapachowych, pokuszę się o stwierdzenie, że ten zapach będzie odpowiadał niemal każdemu. Jest to kompozycja na tyle bezpieczna, że bez obaw możemy ją kupić na prezent.
Staying home jest zapachem bardzo kremowym i otulającym, idealnym na jesień. Wyobrażam sobie go w scenerii z ciepłym kocykiem, aromatyczną herbatą i kotem wygrzewającym się na fotelu. Naklejka idealnie odzwierciedla zapach. Nie rozczarowałam się nim ani trochę! Mało tego, mam dużo zapachów, z różnych firm, ale to Staiyng Home odpalam ostatnio najczęściej.
Warto również wspomnieć o mocy zapachu. Wiadomo, że takie świece nie należą do taniej przyjemności. W Pachnącej wannie możecie ją kupić za 99 zł i tak jak wspominałam wcześniej, cieszyć się nią około 150 godzin. Oczywiste jest to, że kupując drogą świecę chcemy aby w naszym mieszkaniu faktycznie ją było czuć. I tu muszę Was uspokoić, bo Staying home naprawdę pięknie pachnie. Już kilkanaście minut po odpaleniu w moim 20 metrowym pokoju czuć ją doskonale. Jest bardzo dobrze wyczuwalna, ale jej zapach nie jest na tyle mocny, by wywołać ból głowy. Bardzo lubię taką właśnie moc. Bez obaw możecie zainwestować w ten, lub wg gustu w inny zapach tej marki. Ja jeszcze się na nich nie zawiodłam.
Tę świecę możecie kupić tu:
https://www.pachnacawanna.pl/pl/p/Swieca-zapachowa-duza-STAYING-HOME-Goose-Creek-Candle-/3292
Za możliwość przetestowania zapachu serdecznie dziękuję Julicie ze sklepu Pachnąca Wanna!
piątek, 29 września 2017
6.Danuta Awolusi "Nie proszę o miłość"
Z własnej woli nie kupiłabym tej książki. Doskonale wiecie, śledząc moje wpisy, że prawie wcale nie czytam ckliwych romansideł. Całe szczęście dla mnie, że wydawnictwo Pascal przysłało mi w prezencie egzemplarz recenzyjny, bo straciłabym przyjemność czytania wyjątkowo dobrej obyczajówki.
Mówi się żeby nie oceniać książki po okładce. I tu kolejny raz biję się w pierś, bo jednak oceniłam. Uprzedziłam się już na samym starcie okładką i tytułem, ale jakaś wewnętrzna siła kazała mi przeczytać jeden rozdział, ot, tak na próbę.Po dwóch rozdziałach już wiedziałam, że doczytam tę książkę do końca. W mniej więcej połowie byłam pewna, że to jedna z najlepszych książek jakie czytałam w tym roku.
Hania i Ewa to dwie zupełnie różne kobiety. Dzieli je niemal wszystko, ale łączy jedno-obie pragną miłości. Ewa podświadomie pragnie stałego związku i silnego uczucia, ale póki co bawi się mężczyznami. To ona ustala zasady, wybiera, flirtuje i wabi. Facetów traktuje przedmiotowo a każda kolejna randka z jej "ofiarą" musi zakończyć się w łóżku.To dla niej codzienność, sposób na dowartościowanie się i sprawdzenie potencjalnego kandydata. Jeśli polegnie na polu erotycznym, to jest skreślony na całego.
Hanna jest przeciwieństwem Ewy, cicha, skromna dziewczyna marząca o wielkiej romantycznej miłości. Szuka cierpliwie idealnego kandydata na partnera, ale póki co nikt ciekawy się nie pojawia. Kłopoty w pracy sprawiają, że Hania szuka już nie tylko chłopaka, ale też mieszkania i nowej posady. Przypadkowo poznaje Ewę, co na zawsze odmieni los ich obu. Od tej chwili nic już nie będzie takie samo, przeszłość zderzy się z teraźniejszością a codzienność z marzeniami. Czy któraś z nich odnajdzie w życiu to, czego szuka? Może obie...a może żadna?
Danuta Awolusi mnie bardzo zaskoczyła. Jej "Nie proszę o miłość" okazała się niesamowicie dojrzałą i mądrą powieścią z morałem. Fabuła jest starannie przemyślana a bohaterki zaskakująco prawdziwe. Historię Ewy i Hanki czyta się jednym tchem. Nie da się jej odłożyć na późnej. Autorka urzekła mnie prostą i bardzo życiową opowieścią o szukaniu miłości, o trudzie jaki trzeba przejść, by poznać drugiego człowieka, o tym, że karma wraca a wszystko co robimy ma jakiś sens. Sposób napisania tej książki wskazuje na to, że autorka jest doskonałą obserwatorką codzienności i potrafi tym ująć czytelnika.
Zakończenie mnie zaskoczyło i jeszcze bardziej utwierdziło w przekonaniu, że Danuta Awolusi napisała świetną książkę. Nie było przesłodzonego happy-endu, lecz otwarte zakończenie i domysły, które możemy snuć sami.Nie jestem fanką takiego końca książki, ale w tym wypadku nie wyobrażam sobie nic lepszego. Na pewno książka "Nie proszę o miłość" zapadnie na długo w mojej pamięci. Jest to bardzo dobra powieść, przy której warto zatrzymać się i zastanowić co jest naprawdę w życiu ważne, jakie wartości są na pierwszym miejscu i czy to prawda, że dobro i zło zawsze wraca? Serdecznie polecam i zachęcam do zakupu!
Wydawnictwu Pascal serdecznie dziękuję za egzemplarz recenzyjny!
Subskrybuj:
Posty (Atom)