środa, 21 grudnia 2016

45. " Święta dzieci z dachów" Mårten Sandén, Lina Bodén

Uwielbiam czas oczekiwań na święta Bożego Narodzenia! Cieszy mnie dosłownie wszystko, a najbardziej raduje czas spędzony z najbliższymi. Co roku moje dzieci sukcesywnie wyjadają czekoladki ze swych kalendarzy adwentowych, a od dwóch lat to oczekiwanie przybiera także inną formę. Od tamtego roku zatracamy się co wieczór w magicznych opowieściach bożonarodzeniowych, które wydają Zakamarki. Cóż takiego niezwykłego jest w tych książkach? Pomyślicie, że przecież książek o tematyce świątecznej jest całe mnóstwo. Owszem, ale zaufajcie mi, że te są absolutnie wyjątkowe.
O czym mowa? Znacie te magiczne opowieści w 24 rozdziałach do czytania w każdy grudniowy dzień? Jeśli nie, to zapraszam na recenzję najnowszej, wydanej w tym roku książki pt."Święta dzieci z dachów".

Mago, Issa i Stella uciekają z domu dziecka, by odnaleźć ojca Mago. Na dworcu w Sztokholmie spotykają tajemniczego staruszka Niklassona, który stracił pamięć i nie wie kim jest. Niespodziewanie na dworcu pojawia się także dziewczynka w kaszkiecie, Pirania, która daje trójce uciekinierów schronienie, oraz przedstawia im dzieci z dachów. Wszystko jest owiane nutką tajemnicy i niepewności, Stella, Issa i Mago zupełnie nie spodziewają się tego, że przeżyją niezwykłą przygodę, pełną magii i dobra.  Jesteście gotowi na wspaniałą lekturę razem z dziećmi?


Za kilka dni Wigilia i pomimo natłoku obowiązków muszę się Wam przyznać, że mało czytam, ale dzieciaki od 1 grudnia, czyli od rozpoczęcia pierwszego rozdziału, nie dają mi szansy na to, żeby opuścić wieczorne czytanie. "Święta dzieci z dachów" to kolejna po "Wierzcie w Mikołaja" i "Prezencie dla Cebulki" nasza obowiązkowa lektura na grudniowy wieczór. Te książki są cudowne!
Żadne inne nam znane nie wprowadzają takiej atmosfery i na żadne inne moje dzieci nie czekają tak niecierpliwie. Gdy tylko kładą się do swoich łóżek od razu z ich pokoju słyszę "mamooo, dziś kolejny rozdział, pamiętasz?". Nie odpuściłam, pomimo tego, że czasem usypiam pierwsza, to na siłę otwieram oczy, wlokę się do ich pokoju i czytam. Bo nie ma nic lepszego, niż ta chwila spędzona z dziećmi przy dobrej książce.


Seria świątecznych opowiadań, którą wydało wydawnictwo Zakamarki jest wyjątkowa nie tylko ze względu na wyżej wspomniane 24 rozdziały, które świetnie zastąpią kalendarz adwentowy. Należy też wspomnieć o treści, która jest bardzo interesująca, pouczająca i ma niesamowity klimat. Niejednokrotnie bohaterowie rozśmieszą, zaintrygują i wzruszą czytelników. Wzbogacone przepięknymi ilustracjami w stylu skandynawskim dodatkowo cieszą oko i pobudzają wyobraźnię. Książka jest wydana bardzo starannie, jest szyta, w twardej oprawie i dość dużym formacie. Z powodzeniem posłuży jeszcze długo Waszym dzieciom, a może nawet i wnukom?
Będziemy wracać do tego, oraz pozostałych tytułów często. Mamy także nadzieję, że w przyszłym roku znów będzie nowy tytuł do kolekcji. Jestem przekonana, że pokochacie serię Zakamarkową tak jak my, a jeśli jeszcze jej nie znacie, to pędźcie do księgarni i nadrabiajcie zaległe rozdziały!

Więcej o książce TU

Bardzo dziękujemy za egzemplarz wydawnictwu Zakamarki!

Nasza ocena: 6/6

środa, 14 grudnia 2016

Podsumowanie, trochę prywaty i życzenia świąteczne.

Dawno mnie tu nie było... Niestety nie umiem Wam się jakoś logicznie z tego wytłumaczyć. Napiszę wprost, od momentu aż w marcu poszłam na miesiąc do pracy (na zastępstwo) tak straciłam wenę do czytania. Nie wiem sama co się stało, zwyczajnie przerwany został mój ciąg czytelniczy i już nie umiem sprawić by wrócił. Przedtem czytałam 8-12 książek w miesięcu, teraz 2-3. Różnica jest ogromna, a ja czuję, że się chyba w tym wszystkim wypaliłam. Na pewno widzicie, że na blogu pustki, recenzji jak na lekarstwo a ja udzielam się na stronie sporadycznie. Miałam myśli by zamknąć bloga, że to już wystarczy, że już nie daję rady żyć tylko książkami i czytaniem. Dzieci pochłaniają teraz większość mojego popołudnia. Są coraz starsze i potrafią świetnie zająć się sobą, ale przy odrabianiu lekcji potrzebują mnie coraz częściej. Córcia chodzi do 4 klasy, ma bardzo dużo zadawane i staram się jej w matematyce pomóc na ile tylko potrafię bo z innymi przedmiotami radzi sobie świetnie sama. Synek jest w 2 klasie, poświęcam mu czas szczególnie na naukę płynnego czytania. Do południa ogarniam dom, gotuję, robię zakupy dla całej rodziny i pomagam mężowi w prowadzeniu firmy. Wiem, że komuś mogłoby się wydawać, że jak nie pracuję zawodowo to mam czas na wszystko. Niestety, czasem mam wrażenie, że jest zupełnie odwrotnie.
Nie wiem co dalej z blogiem...żal mi zamykać, ale nie chciałabym aby świecił pustkami. Czytam nadal, ale po kilkanaście stron dziennie, co daje niestety słaby wynik skończonej książki w dwa tygodnie. Przyznam, że męczyła mnie strasznie presja pisania na czas, dlatego postanowiłam zakończyć współprace z wydawcami, którzy mnie ciągle poganiali i pilnowali terminów. Nie zajmuję innym blogerom miejsca, nie biorę od nich książek, mam przecież co czytać.
No własnie...mam tyyyle książek, że życia mi braknie, abym je przeczytała. Ciągle dochodziły nowe a ja pod presją byłam zmuszona czytać "na czas". Wydaje mi się, że to tez spowodowało, że podświadomie odpuściłam sobie. Wiecie jakie to głupie uczucie, gdy dostałam np na urodziny wymarzoną książkę od dzieci, taką którą bardzo chciałam przeczytać i leży ona zakurzona do dziś, bo  nie mam czasu jej czytać? Mam wiele takich tytułów i pora trochę nadrobić zaległości.
Nie rezygnuję z czytania, nie zamierzam odmawiać autorom, którzy podeślą mi swoje książki, chcę tylko przestać zawalać się nowymi książkami, bo czuję, że nigdy nie wyjdę z zaległości. Marzę o tym, by móc samej wybrać tytuł, który dziś zacznę czytać.
Takie mam postanowienie noworoczne, czy mi się uda? Nie wiem.

Półtora tygodnia do świąt, więc wiem, że na pewno braknie mi czasu na to, żeby odezwać się tu znowu. Zaraz zacznie się pęd zakupowy, sprzątanie i gotowanie świątecznych przysmaków. Obiecałam sobie też, że jak najwięcej wolnych chwil przed i w trakcie świąt poświęcę dzieciom.
Życzę Wam abyście nie wpadli w wir świątecznej gorączki, abyście zatrzymali się na chwilę i pomyśleli co dla Was jest najważniejsze? Życzę Wam spokoju, rodzinnej atmosfery i wielu szczęśliwych chwil. Miło mi będzie, jesli nadal tu będziecie czasem wpadać :-)
Pozdrawiam grudniowo!
Malwina

piątek, 18 listopada 2016

44. Natasza Socha "Dziecko last minute"



Natasza Socha nie odpoczywa. To dobrze, bo książki tej autorki rozchodzą się jak świeże bułeczki. Nic dziwnego, Natasza ma wyjątkowe poczucie humoru i jest wspaniałą obserwatorką życia, po "Hormonii" przyszedł czas na równie udaną jej kontynuację, czyli "Dziecko last minute".

Kalina ma 46 lat i właśnie dowiedziała się, że jest w ciąży z Kosmą, mężczyzną poznanym przed zaledwie kilkoma tygodniami. Ta nieoczekiwana wiadomość burzy wszelkie plany Kaliny i wywołuje ogrom zamieszania w jej życiu. Czy kobieta "grubo" po czterdziestce jest jeszcze gotowa na powtórne macierzyństwo? Czy Kosma sprosta temu trudnemu zadaniu, jakim jest bycie ojcem? Jak tę nowinę przekazać gderliwej matce i co powie dorosła już córka Kaliny? Ciąża wydaje się końcem świata i początkiem wszelkich problemów. A może będzie zupełnie odwrotnie?

Z wielkim apetytem skończyłam pierwszą część cyklu "Matki, czyli córki" i wręcz nie mogłam doczekać się kontynuacji. Natasza na szczęście nie kazała wiernym czytelniczkom zbyt długo czekać i jej "Dziecko..." wpadło mi w ręce bardzo szybko. Nie zawiodłam się i tym razem. Czy będę bardzo monotematyczna jeśli napiszę, że kocham poczucie humoru tej autorki? Ja zwyczajnie jej książki mogę brać w ciemno, bo wiem czego mogę się spodziewać po jej piórze. Natasza pisze rewelacyjnie! Humor tryska już od pierwszej strony i jest dokładnie w moim guście. Pomiędzy wybuchami śmiechu jest w jej powieściach mnóstwo mądrości życiowej, która wynika z tego, że autorka potrafi idealnie przenosić życiowe sytuacje na papier. Związek z maminsynkiem, codzienność kury domowej, ciąża po czterdziestce? Proszę bardzo! Socha udowodniła, że jest autorką uniwersalną i żadna tematyka nie jest jej straszna.
"Dziecko last minute" to książka idealna, nie tylko dla pań w podobnej sytuacji, jak Kalina. Tak naprawdę każda z nas, bez względu na wiek będzie się wyśmienicie bawić przy lekturze. Realistyczna, do bólu szczera i trochę ironiczna opowieść o trudach macierzyństwa, skomplikowanych relacjach rodzinnych i o poznawaniu samej siebie. Idealna do oderwania od codzienności, gwarantuje poprawę nastroju i umili każdy jesienny wieczór.
Serdecznie polecam!

Za egzemplarz dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Pascal!

Moja ocena: 6/6

środa, 26 października 2016

43. Neo-Nówka "Schody do nieba" - recenzja



Neo-Nówka czyli przezabawni trzej panowie: Roman Żurek, Michał Gawliński i Radek Bielecki. Z początku funkcjonowali pod nazwą "To-Niemy", ich skecze "Niebo", "Poczta" czy seria "Paciaciaki" biją rekordy oglądalności. Kabaret, który potrafi rozbawić największego ponuraka, a skecz Niebo osiągnął na kanale You Tube prawie dwa miliony wyświetleń. Książka, którą wydało wydawnictwo Prószyński i S-ka to zbiór informacji na temat rozpoczęcia kariery, popularności, skeczy i innych ciekawostek. Jak sami mówią, tej książki miało nie być, ale pewne tematy trzeba było poruszyć raz na zawsze. No bo jak to było w końcu z tym Niebem, była wpadka czy genialne aktorstwo? Zachęcam do lektury!

Dialog wcale nie musi być nudny, a biografię też można przeczytać w jeden dzień z wypiekami na twarzy. Przekonałam się o tym sama, kiedy wczoraj w okolicach południa dostałam od wydawcy ebooka Neo-Nówki. Kiedy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach, wiedziałam, że muszę to przeczytać. Musiałam się dowiedzieć jak to naprawdę było z najlepszym skeczem, jaki w życiu oglądałam i przy którym śmieję się w głos do dziś, chociaż oglądam to trzydziesty piąty raz.  Wzięłam czytnik do ręki i przepadłam na dobre trzy godziny, obiad znacznie przesunął się w czasie a łóżko zostało pościelone dopiero po południu, ale co tam. Czytałam historię powstania jednego z najpopularniejszych kabaretów w Polsce i znów płakałam ze śmiechu. Wiecie co? To nie jest zwykła kupa suchych faktów i informacji, "Schody do nieba" to wyjątkowo żartobliwie przedstawiona historia Romana, Radka i Michała. W całej rozmowie, w której biorą udział panowie czuć tę wyjątkową wieź, która ich łączy. Podczas lektury widać gołym okiem, jak się lubią i wzajemnie uzupełniają. Swoim charakterystycznym humorem rozbawiają nie tylko czytelników, ale i siebie nawzajem. Trochę prywaty, trochę zdjęć, mnóstwo żartów i dystansu do samych siebie, tak w skrócie można opisać Neo-Nówkę poza sceną. Miałam wrażenie, że chłopaki mają niezłą zabawę podczas pisania tej książki, co bardzo wpłynęło na moją ogólną ocenę. Muszę przyznać, że nie zawsze byłam fanką kabaretów, ale to za sprawą mojego męża, który notorycznie ogląda takie występy, w końcu i ja dałam się w to wciągnąć. I nie żałuję! Neo-Nówka potrafi bawić różną publiczność, zdarzały się nawet występy w seminariach, gdzie siostry zakonne bawiły się na całego! Czasem jest mniej śmiesznie, kiedy ksiądz grozi palcem za występ lub starsza pani próbuje przerwać skecz o "moherach". Macie niedosyt? I dobrze, bo jeśli tylko znacie z tv Neo-Nówkę to sięgnijcie po tę książkę! Dobra zabawa gwarantowana.

Panom gratuluję dobrej książki i życzę kolejnych skeczów, w których publiczność i widzowie przed tv skręcają się ze śmiechu.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!

Moja ocena: +5/6

środa, 12 października 2016

42. Steena Holmes "Dziecko wspomnień"



Pamiętacie "Szukając Emmy"? To właśnie autorka, która napisała tę książka powraca ze swoją nową powieścią. Powieścią trudną, bo poruszającą temat psychozy poporodowej, rozstania, cierpienia i traumatycznych wspomnień, a to wszystko na zaledwie 240 stronach. Czy Steenie Holmes udało się mnie zaintrygować fabułą i zaskoczyć zakończeniem?

Diana i Brian są na szczycie kariery, tworzą dobre małżeństwo a przed nimi otwiera się droga do polepszenia sytuacji zawodowej. Ciąża Diany jest dla nich sporym zaskoczeniem i cóż...nie cieszy się z niej sama przyszła mama.
Rok później Diana jest już szczęśliwą mamą małej Grace, co prawda bardzo nadopiekuńczą i pełną leków, ale bardzo zakochaną w swojej małej córce. Tylko Brian się nie odzywa, wyjechał służbowo, obiecał wrócić tuż po narodzinach Grace, ale milczy, pomimo licznych prób kontaktu. Dianą i jej córeczką zajmuje się niania, ale dlaczego jej uwaga jest skierowana bardziej na młodą matkę a nie na jej córeczkę? Co się tak naprawdę dzieje w życiu Diany? Gdzie podziewa się jej mąż i czemu nikt nie chce powiedzieć jej prawdy?

Książka pełna znaków zapytania, to pierwsze co mi przyszło do głowy, gdyby ktoś mnie prosił o jedno zdanie na jej temat. Steena Holmes podjęła się napisania o bardzo trudnych tematach i przyznam, że pomimo niewielkiej objętości nie "połknęłam" jej w jeden wieczór.
Historię opisaną w książce poznajemy z punktu widzenia Diany i Briana. W dodatku przeplatana jest teraźniejszość z przeszłością, co sprawia, że potrzeba skupienia by połapać się w fabule. Podczas lektury, zamiast coraz więcej rozumieć z fabuły, w mojej głowie było coraz więcej niewiadomych. I wiecie co? Mi się to bardzo podobało. Nic nie było podane na tacy, oczywiste i jasne. Steena Holmes potrafi zaskoczyć czytelnika, o czym przekonacie się czytając tę książkę.
"Dziecko wspomnień" jest mieszanką powieści psychologicznej i thrillera, trzyma w napięciu, porusza temat psychozy poporodowej i sprawia, że nie można jej odłożyć póki nie dowiemy się co tak naprawdę działo się w rodzinie Diany. Jak bardzo na życie bohaterki wpłynęły traumatyczne zdarzenia z przeszłości?
Zakończenie, mimo, że zaskakujące to udało mi się je przewidzieć. Jeśli będziecie uważnie czytać, bacznie zwracać uwagę na zachowanie bohaterów, to na pewno domyślicie się co zaserwuje autorka na ostatnich stronach.

Serdecznie polecam, lecz lojalnie uprzedzam, pomimo słodkiej okładki, treść jest naprawdę poważna, wymagająca przemyślenia i dużej uwagi. "Dziecko wspomnień" nie jest lekką lekturą, przy której się odprężycie, jednak uważam, że zasługuje na przeczytanie. Pozycja godna polecenia!

Za możliwość przeczytanie serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu!

Moja ocena: 5/6

czwartek, 22 września 2016

Umilacze jesienno-zimowe, czyli parę słów o świeczkach, które podbiły moje serce!



Od zawsze sezon jesienno-zimowy kojarzył mi się z "czasoumilaczami". Dla mnie są to przede wszystkim: owocowe herbaty, pachnące kremy do rąk/balsamy do ciała, ciepły kocyk i świeczki. Dziś post właśnie o świecach, które odkryłam bardzo niedawno.
Jakiś czas temu byłam zafascynowana oryginalnymi Yankee Candle, no dobra, nadal jestem, ale nie czarujmy się...nie stać mnie na zakup świec, które kosztują blisko stówy. Raz do tej pory pozwoliłam sobie na kupno cynamonowej Yankee i do tej pory słyszę swoje wyrzuty sumienia (80 zł!!!!). Tańsze są woski, które także namiętnie kupuję i polecam. Dzisiejszy wpis nie będzie opisywał świec i zapachów Yankee, lecz ich tańsze i co najważniejsze, polskie odpowiedniki!

Przypadkowo, przeglądając internet trafiłam na blog polecający Polskie Świece. Pierwszy raz o nich słyszałam, ale rzecz oczywista, z ciekawości weszłam na stronkę hurtowni. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że właściciel, pan Jacek, ma w swojej ofercie mnóstwo zapachów i form do wyboru. Możecie wybierać zapachy kwiatowe, owocowe, świąteczne i wiele innych. W ofercie są tealighty, świece w szkle, w słoikach, woski, świece klasyczne rustykalne...ach...nic tylko brać!

Wszystko to możecie znaleźć tu:
Polskie Świece

Dzięki uprzejmości Pana Jacka otrzymałam pierwszą paczuszkę do testowania, między innymi po to, bym mogła teraz Wam trochę opisać te świeczki.
Dostałam:
Dwa słoiczki o zapachu Mint Cream i Williams Pear
Podgrzewacze maxi Sex on the beach
Tealighty w kształcie kwiatków  Cotton fresh
Tealighty Green Tea

Sama dokupiłam sobie jeszcze kilka zapachów, m.in. French Riviera, Lemon Cake, Lovely Gift.



Jakie było moje pierwsze wrażenie? Przede wszystkim już podczas rozpakowywania, paczka niesamowicie pachniała. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, czy świeczka w słoiczku za 6,5 zł będzie ładnie pachnieć, to ja Wam daję słowo, że tak. Na pierwszy ogień poszła Mint Cream.
Zapach słodkiej mięty, przyjemnie rozchodzi się po całym pokoju, nie drażni, nie jest duszący, świeży i zdecydowanie na lato.  Miałam szczęście, bo odpaliłam go jeszcze w gorący wrześniowy dzień i skutecznie umilił mi zniesienie gorąca. Potem jednak rozchorowałam się i muszę przyznać, że zapach świetnie sprawdził się przy katarze. Miętowy aromat unoszący się w pokoju pomagał mi normalnie oddychać.


Williams Pear pachnie przepięknymi, dojrzałymi gruszkami, takimi, które uwielbiam. Zapach jest cudowny, delikatniejszy i mniej wyczuwalny niż Mint Cream, ale apetyczny i bardziej uniwersalny. Jest idealnym odzwierciedleniem prawdziwego aromatu tych owoców, bez zbędnej sztuczności. Polecam!

Podgrzewacze Sex on the beach pachną mi mango, kokosem i pomarańczą. To zdecydowanie najbardziej owocowa i radosna mieszanka. Kojarzy mi się ze słodkim drinkiem pitym na gorącej plaży. Mmmm...pychotka! Jest wyczuwalny, lecz nie duszący.


Tealighty Cotton Fresh, są dla mnie absolutnym hitem! Po raz pierwszy spotykam się z podgrzewaczami, które są w plastikowych, przezroczystych naczyniach, które dają więcej światła i wyglądają naprawdę szykownie. Alternatywa dla sreberkowych naczynek, dla mnie bomba. Mało tego, te świeczuszki mają pod spodem małe nóżki, dzięki czemu bez problemu możemy je postawić praktycznie na każdej powierzchni. A to, że występują w kształcie serduszek, kwiatków, gwiazdek, choinek (aaaa będą na świętaaaaaa), to już tylko kolejna mega zaleta.
Zapach Cotton Fresh to bardzo uniwersalny i świeży zapach, właściwie dla każdego. Mnie kojarzy się z czystym praniem, wypłukanym w Lenorze. Zapach idealny do łazienki.


Green Tea również przypadł mi do gustu. Paczka tych podgrzewaczy stale jest w użyciu i cóż...pomału się kończy. Zapach ten bardzo mnie relaksuje, jest rześki, lekki a jednocześnie nadaje pomieszczeniu piękną woń zielonej herbaty.Dla miłośników naturalnych aromatów będzie idealny.

Zapachy, które dokupiłam są równie piękne i naturalne. Nie czuć absolutnie żadnych chemicznych aromatów, jak bywa w świecach marketowych. Będę stałą klientką Polskich Świec i mogę je z czystym sumieniem polecić. Ogromny wybór, bardzo atrakcyjne ceny i wysoka jakość to cechy charakterystyczne dla tej firmy. Nie jest to jakość Yankee Candle i nikogo nie zamierzam oszukiwać, ale moi drodzy, słoiczek zapachowej polskiej świecy, który kosztuje 6,5 zł i można go potem wykorzystać, to chyba nie wiele prawda? I najważniejsze...te świeczki naprawdę pachną. Pachną na cały pokój, nie dymią, nie śmierdzą chemią. Coś więcej potrzeba?



To co, gotowi na jesienne wieczory w blasku świec? Lubicie, kupujecie w tym sezonie takie zapachowe cuda? Podzielcie się wrażeniami. Cmok :-*

Za możliwość testowania serdecznie dziękuję Panu Jackowi z Polskich Świec!

poniedziałek, 19 września 2016

41.Hubert Hender "Kolejność"



Hubert Hender zadebiutował w 2013 roku powieścią kryminalną pt. "Zapora", której niestety nie udało mi się przeczytać. Autor lubi osadzać swoje wątki w okolicach Dolnego Śląska, bo jak sam pisze, te okolice są mu bardzo bliskie. Ja miałam ostatnio okazję dowiedzieć się jak wypadła jego najnowsza książka "Kolejność" i jestem pod sporym wrażeniem.

W Kowarach na Dolnym Śląsku zostaje brutalnie zamordowany jeden z górników pracujący w kopalni, która swoje lata świetności ma dawno za sobą. To nie jedyna zbrodnia, jaka dotyka tą okolicę, ponieważ w niedługim czasie zostają znalezione kolejne zwłoki mężczyzny. Dwa ciała, dwa bestialskie morderstwa, dziwne napisy wskazujące na numerowanie ciał, znajdujące się na miejscach zbrodni. Podkomisarz Gawłowski i komisarz Iwanowicz próbują ułożyć skomplikowaną układankę w całość i dotrzeć do osoby, która stoi za zabójstwami mężczyzn. Czy jednak zdążą, nim morderca zaatakuje ponownie?

Pierwsze co mi przychodzi do głowy po lekturze "Kolejności" to to, że poleciałabym ten kryminał męskiej części czytających. Lubię ten gatunek i chętnie po niego sięgam, ale tak naprawdę niewiele jest książek, które z czystym sumieniem dałabym w prezencie mężowi, koledze czy bratu. Książka Huberta Hendera jednak idealnie pasuje mi na kryminał, po który z przyjemnością sięgną czytający panowie. Dlaczego? Przede wszystkim panuje w nim gęsta, mroczna atmosfera. "Kolejność" jest książką z mocną i wyrazistą fabułą, zdecydowanym ruchem akcja ciągle goni do przodu a bohaterami są przede wszystkim mężczyźni. Sporo dialogów, mało opisów, myślę, że to idealna książka dla każdego, kto lubi rasowe kryminały.Duszna atmosfera Dolnego Śląska sprawia, że czyta się ją z wypiekami na twarzy i ciarkami na plecach. Niejednokrotnie podczas lektury zwyczajnie się bałam i prawie czułam oddech mordercy na karku!

Warto także wspomnieć, że sprawa morderstwa, nie jest jedynym tematem poruszonym w książce. Autor poprzez wprowadzenie wątku osobistego komisarza Iwanowicza, sprawił, że postać nabrała realnych cech i stała się tym samych bardziej wiarygodna. Jestem przekonana, że zainteresuje Was każdy wątek, jaki autor wprowadził do swojego kryminału. Zakończenie zaskoczyło mnie, nie domyśliłam się kto stał za wszystkimi zbrodniami, chociaż podczas czytania intensywnie o tym myślałam. Lubię być zaskoczona i udało się panu Hubertowi mnie zadziwić. Jestem pozytywnie zaskoczona całością i czekam na kolejną książkę jego autorstwa!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Filia!

Moja ocena: 5/6