środa, 3 października 2018

Magdalena Majcher "W cieniu tamtych dni"




Są takie książki, które zostawiam sobie na półce, których pod żadnym pozorem nie wydam, nie pożyczę, one muszą być moje. Są takie książki, które zostają na półce regału, bo zostają także w mojej pamięci i sercu. Wbijają się w głowę i nijak nie chcą z niej wyjść. Sprawiają, że kolejna czytana książka już tak nie smakuje. Ech...nie wiem co Wam napisać. "W cieniu tamtych dni"  skończyłam już kawałek temu, a emocje jakie we mnie siedzą są tak trudne do opisania, że nawet nie wiem od czego zacząć.

Odkąd pamiętam stroniłam od książek z wojną w tle. Zawsze mówiłam: "to nie moje klimaty". Guzik prawda. Nie czytałam, to nie wiedziałam co tracę. Teraz wiem, że nie warto do niczego się uprzedzać. Kiedy Magda napisała tę książkę również nie byłam przekonana, że mi się ta powieść spodoba. Ale wiem, że ma dziewczyna mega talent, każda jej książka jest lepsza od poprzedniej, więc pomyślałam, że spróbuję. Teraz wiem, że to była jedna z najlepszych czytelniczych decyzji, jakie podjęłam podczas tych kilku lat blogowania.

Mikołaj nigdy nie miał pełnej rodziny, nieznany ojciec, matka która zostawiła go na wychowanie babci, a sama prysnęła za granicę. Babcia Emilia stała się dla niego prawdziwą ostoją i jedyną bliską osobą. Pewnego dnia, podczas sprzątania strychu babci, Mikołaj znajduje tajemniczą szkatułkę, którą wypełniają stare listy. Kim był tajemniczy Krzysztof, do którego wysyłane były owe listy? Jaką tajemnicę skrywa jego ukochana babcia? Czy rodzinne relacje da się naprawić?
Tajemnicza przeszłość, powstanie warszawskie w tle i wielka, wielka miłość!

Obok tej książki nie da się przejść obojętnie. Nie da się usiąść, poczytać trochę i rzucić ją w kąt. To historia, która wciąga czytelnika od pierwszej strony, przenosi w nieznany świat okupowanej Warszawy i czasów, w których było ciężko żyć. Kiedy każdy dzień stał pod znakiem zapytania, a strach wypełniał każdą parę oczu. To opowieść o ogromnej odwadze, poświęceniu, miłości o chęci życia. Mogę śmiało tu napisać, że to powinna być obowiązkowa lektura każdego Polaka!
Zaczęłam czytać i nie umiałam przestać. Dosłownie wpadłam w wir wydarzeń bohaterów Magdy Majcher i nie chciałam wcale z niego wychodzić. Książkę przeczytałam na dwa razy. Dwa podejścia i skończyłam. To się ostatnio nie zdarza, uwierzcie mi. Czytam kilkanaście, kilkadziesiąt stron i tyle. Czasem jedną książkę męczę dwa tygodnie. Ale nie tym razem.

Dawno nie czułam tylu emocji podczas czytania, takiego wzruszenia, podziwu, zjednoczenia z bohaterami. Mogę śmiało napisać, że to najlepsza książka Magdaleny Majcher, jaką czytałam. Dojrzała, wielowątkowa z kapitalnym zakończeniem. No...rozwaliło mnie na łopatki. siedziałam i ryczałam jak głupia. No ale żeby tak skończyć? Zostawić czytelnika z rozdartym sercem? Ech...
Bardzo Wam polecam, jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, to koniecznie się ich pozbądźcie. Kupujcie i czytajcie. Warto!


W życiu jest czas na szał, zmysłowość i uniesienia, ale potem przychodzą lata stateczności, spokoju, szacunku do drugiego człowieka. Żaden z tych okresów nie jest lepszy ani gorszy są po prostu inne.
                                                                                                       M.Majcher "W cieniu tamtych dni" 

Dziękuję za egzemplarz Magdalenie Majcher, oraz Wydawnictwu Pascal!

Moja ocena: 6/6

Co tak pachnie? Sun-Kissed Thistle Yankee Candle

Lato za nami, a ja dziś przychodzę do Was z zapachem, który umilał mi ostatnie ciepłe dni. Mowa oczywiście o Sun-Kissed Thistle Yankee Candle.


Energetyzujący kolor wosku, oraz trochę tajemnicza nazwa i śliczna etykieta od razu zwróciły moją uwagę. Sama nie bardzo wiedziałam, czego spodziewać się po tym zapachu. Kiedy przyszła paczka z moim zamówieniem, pierwszą świecą, którą powąchałam była właśnie ona. Już wtedy wiedziałam, że to był doskonały wybór, zapach był kwintesencją końcówki lata i początków złotej jesieni.



Dla mnie jest to zapach głównie owocowy.Na pierwszy plan wynurzają się aromaty jabłek, brzoskwiń (???), może gruszek? Na pewno czuję też cytrusy. Całość absolutnie nie jest kwaśna, ani zbyt słodka, ona jest fajnie przełamana jakąś perfumowaną nutą. Zapach jest bardzo kobiecy, ale podoba się mężczyznom! Mój mąż był nią bardzo zainteresowany, co mu się naprawdę rzadko zdarza. Czytałam opinie koleżanek, że ich mężowie także chwalili Sun-Kissed. Także działa na płeć przeciwną :-)



No to tyle o zachwytach. Teraz z bólem serca muszę przyznać, że jedyną i największą jej wadą jest to, że nie czuć jej w paleniu. Szkoda, wielka szkoda, bo zapach jest przepiękny, stworzony na sierpniowe wieczory i wrześniowe popołudnia. Idealny zapach na końcówkę ciepłych dni, a tu takie rozczarowanie. Zapach Sun-Kissed był tak delikatny, że prawie niewyczuwalny w dużych pomieszczeniach. A wiecie, że je lubię takie zapachowe tła, więc skoro dla mnie była za słaba, to już chyba serio trafiłam na jakiś słaby egzemplarz. Świecę wyniosłam do pokoju dzieci i tam była trochę lepiej, no ale i metraż malutki (12 m2).  Paliła się bez żadnego problemu, ładnie dochodziła do ścianek, no ale cóż...raczej nie wrócę do niej, a szkoda. Natomiast jeżeli macie takie małe pomieszczenia (sypialnia?) i nie zależy Wam na mocy zapachu, to wypróbujcie ten zapach, bo sam w sobie jest cudowny.
Do następnego razu! Buziaki :-))))

piątek, 21 września 2018

ChillBox - czyli pudełko pełne relaxu :-) Wrzesień

Kochani, dziś po raz pierwszy na kartach tego bloga pokażę Wam pudełko subskrypcyjne, czyli tzw. box. Nie bez powodu będę Was dziś zachęcać do zerknięcia sobie na ofertę ChillBoxa. Box ten bowiem w każdym pudełku zawiera książkę! Muszę się Wam przyznać, że to właśnie owa książka sprawiła, że zamówiłam swoje pierwsze pudełko (w czerwcu???). Nie martwcie się, że zaczynam tu na bloga wprowadzać elementy kosmetyczne, pudełko ChillBox pojawia się raz w miesiącu i za każdym razem dodawana jest właśnie jakaś ciekawa książka, ale o tym za chwilę.


Lubicie niespodzianki? Kto ich nie lubi, prawda? Jeśli dodatkowo są to trafione w gust niespodzianki, to tym bardziej się na nie czeka. Ja tak czekam co miesiąc na ChillBoxa. Uwielbiam to oczekiwanie na kuriera i moment niepewności, co też znajdę w środku pudełka.
Chillbox z założenia ma być pudełkiem "dla relaksu", stąd też opcja książki, gadżetu oraz drobnej przekąski. Do tego zawsze jest dodawany jakiś kosmetyk (albo dwa, albo trzy :D ), wszystko po to, by wprawić nas w prawdziwy błogostan. Jest więc takim pudełkiem dobroci, jak ja to mówię. Każdy znajdzie coś dla siebie. Co najważniejsze, każdy box jest świetnie przemyślany, a produkty w nim zawarte nie są absolutnie dobierane przypadkowo. Wrześniowe wydanie, które Wam zaprezentuje było pod hasłem powrotu do aktywności. Dlatego w środku znalazłam m.in. skakankę z licznikiem, herbatkę Fitness, oraz żel pod prysznic i antyperspirant. Widzicie jak wszystko pięknie się za sobą łączy?  W trakcie ćwiczeń ( i nie tylko) obowiązkowe jest zabezpieczenie się przed przykrym zapachem potu. Po wysiłku fizycznym potrzebny będzie prysznic, który umilimy sobie pachnącym żelem, a cały organizm nawodnimy ziołową herbatką. Zestaw idealny :-)

Oczywiście na Facebooku i Instagramie ChillBoxa dodawane są podpowiedzi, i można się zorientować jaki charakter będzie miało kolejne pudełko. Są też podpowiedzi co do produktów kosmetycznych, które znajdziemy w środku. Nie jest więc to pudełko kupowane, tak całkiem w ciemno :-)


Do rzeczy. Zerknijcie sami, co znalazłam w edycji wrześniowej:



1. Herbatka Dary Natury Fitnes.


Ekologiczna herbatka pochodzenia podlaskiego, w składzie ma m.in. owoc róży, liść jeżyny, mięty, koper włoski. Bardzo orzeźwiająca, fajna, lekko ziołowa. Każda torebka herbaty jest osobno zapakowana, co bardzo cenię.  Lubię tego typu dodatki w boxach, uwielbiam wszelkiego rodzaju herbaty, więc dla mnie strzał w dziesiątkę. Przyjemna w smaku, ekologiczna, czego chcieć więcej?


2.VisPlantis Żel pod prysznic.
Żel z dodatkiem olejku kameliowego, oraz ekstraktu z wiśni. Duża pojemność 400 ml, świetny sposób otwierania, bardzo miły zapach. Póki co mam duży zapas żeli, więc oceniam produkt tylko na sucho, ale żel zawsze się przyda i tego nigdy za wiele.  Tej marki nie miałam jeszcze nigdy u siebie, także wypróbuję z przyjemnością.



3. Basic Lab Antyperspirant w kulce

Tego również nigdy dość, przyda się mnie albo córce. Nowa marka, również z chęcią użyję i sprawdzę jak na mnie działa. Pachnie świeżo, wygląda ładnie, dla mnie trafiony produkt.


4. IDunn Cosmetics Złoty krem do ciała.
Opakowanie 40g, produkt w sam raz na wypróbowanie i sprawdzenie, czy się pokocha, czy nie. Użyłam raz i przyznam się, że wywołał efekt "wow". Po pierwsze ma konsystencję musu, gładko i bezproblemowo rozprowadza się na skórze. niesamowicie lekki musik!
Po drugie zawiera drobinki złota, ale na tyle delikatne, że skóra nabiera zdrowego połysku, a nie chamsko świeci się jakby posypana brokatem. Po trzecie pozostawia subtelny film na skórze, idealny na wieczorne wyjścia lub na lato, nałożony na ramiona i dekolt będzie świetnie podkreślał wakacyjną opaleniznę. Jestem na TAK!



5. Purederm - Koreańska maseczka peel-off z ogórkiem

Lubię maseczki, ale nie te peel-off, więc produkt powędruje najprawdopodobniej do mojej Mamy. Czekam na jakąś maseczkę w płachcie, lub po prostu w kremie. W dodatku ta jest ogórkowa, a ja nie lubię zapachu ogórka w kosmetykach. Mama będzie zadowolona :-D


6. Skakanka z licznikiem.
Produkt, który miał wywołać wspomnienia z dzieciństwa i zachęcić do wrześniowej aktywności fizycznej. Pogoda iście letnie, więc myślę, że rzecz jak najbardziej trafiona. U mnie z pewnością najbardziej będzie jej używać córka, która kiedyś mi wspominała, że chciałaby taką skakankę. Nie twierdzę że i ja czasem sobie nie poskakam :-)



7. Scrub do twarzy Beauty Jar

Peeling do twarzy z wiórkami kokosa, 120 g. Pachnie pięknie, wygląda zachęcająco, ale działa bardzo delikatnie. Wg mnie jest to scrub dla osób o bardzo wrażliwej skórze, lub dla tych, którzy poszukują takiego codziennego złuszczacza.  Dodatek cukru pudru i płatków kokosowych daje bardzo przyjemny w stosowaniu kosmetyk. Skóra jest miękka, gładka i wygląda na zadbaną. Nie jest to jednak peeling, który bardzo złuszczy nam martwe komórki naskórka. Do codziennego stosowania  jest idealny. Polubimy się :-)



8. Gwiazda pudełka, czyli książka!!!
Mój wybór padł tym razem na lekturę z działu: przygodowa. Macie bowiem możliwość wyboru książki z działu literatury, jaki Wam najbardziej odpowiada. Ja zazwyczaj brałam kryminał, ale opis wrześniowego kryminału mnie nie przekonał i wybrałam przygodową. Trafił mi się bardzo wdzięczny tytuł "Mieć wszystko" M.Haran. Jestem ciekawa, czy mnie wciągnie, opis wydaje się bardzo ciekawy.


 Podlinkuję Wam  stronę gdzie możecie dokonać zamówienia i cieszyć się np październikowym pudełkiem :-)
Do wyboru są opcje o różnej wielkości i różnej cenie :-)



 Tu zamówisz swojego ChillBoxa :-)

Zachęceni? Znacie te boxy? Dajcie znać w komentarzach. Buziaki :-)

poniedziałek, 10 września 2018

Magdalena Stachula "W pułapce"




To moje drugie spotkanie z twórczością Magdy Stachuli. Chociaż „Idealną” czytałam już spory kawałek temu, to nadal pamiętam emocje jakie towarzyszyły mi podczas czytania. Egzemplarz tej książki nadal stoi na mojej półce, a to oznacza, że była ona wyjątkowo dobra. Tym razem również nabrałam dużej ochoty na thriller w wykonaniu Stachuli,  jakie wrażenia na mnie wywarła jej nowa książka? Zapraszam do poczytania.

Klara budzi się na klatce schodowej. Nie pamięta niczego z poprzedniego wieczoru, nie wie skąd wzięła się na schodach we własnym bloku, co robiła wczoraj, ani z kim przebywała. Czarna dziura. Kiedy dostaje się do mieszkania z przerażeniem odkrywa, że dziś jest wtorek, a więc nie tylko nie pamięta nic z sobotniej nocy, ale także zupełnie z jej pamięci uciekła niedziela i poniedziałek.  Zszokowana próbuje ustalić co się stało, ale jedyne czego się dowiaduje od koleżanek, to fakt, że w sobotę w nocy opuściła imprezę z pewnym mężczyzną, wsiadła z nim do taksówki i…tyle. Klara jest w ogromnym stresie, boi się, że ktoś ją wykorzystał a ona tego nawet nie pamięta. Na domiar złego Klara odnajduje informacje, że kiedyś podoba sytuacja przydarzyła się innej dziewczynie. Klara postanawia ją odnaleźć i dowiedzieć się co stało się im obu i czy za tym wszystkim stoi jedna osoba, czy to zwykły przypadek?

Wciąga, wciąga, wciąga. Już od pierwszej strony, od pierwszego rozdziału. Nie da się odłożyć spokojnie tej książki i iść do swoich obowiązków. Ona wbija się w mózg czytelnika i nie pozwala o sobie zapomnieć. Świetna historia. Brawo dla autorki za trzymający w napięciu psychologiczny thriller, który czytałam z wypiekami na twarzy. Brawo za trzyosobową narrację, która potęguje uczucie napięcia i wywołuje skrajne emocje. Czytało się rewelacyjnie, szybko, z ciekawością i milionem własnych rozwiązań zagadki. Kto i dlaczego chce skrzywdzić bohaterki? Kim jest sprawca, i dlaczego to robi?  Tysiąc pytań zadawałam sobie podczas czytania. Im bliżej byłam rozwiązania sprawy, tym więcej hipotez kłębiło się w mojej głowie, a emocje sięgały zenitu. Na takie książki czekam, takie thrillery z przyjemnością polecam i po takie najchętniej sięgam. Jest tylko jedna wada „W pułapce”, po jej przeczytaniu miałam problem, by wczuć się w kolejną historię.  Magdalena Stachula sprawiła, że bohaterowie jej książki na długo pozostali  w mojej pamięci, a po skończeniu miałam czytelniczeg  Bardzo się cieszę, że miałam możliwość przeczytania „W pułapce” i z niecierpliwością czekam na kolejne książki  pani Stachuli.
o kaca. Lubię to uczucie, lubię gdy z wielką przyjemnością czytam książkę polskiej autorki i okazuje się, że jest ona godna polecenia.

Moja ocena: 6/6

Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak!

czwartek, 16 sierpnia 2018

Co tak pachnie? Enchanted Moon Yankee Candle





Enchanted Moon to propozycja od Yankee Candle na  jesień 2018. Urzekła mnie przepiękna naklejka, tajemnicza nazwa i nietuzinkowy kolor. Przepadłam. Wiedziałam, że muszę mieć tę świecę. Przyznam Wam się, że mam totalnego bzika na punkcie księżycowych klimatów, szczególnie właśnie w świecach. Niestety często zdarza się tak, że wraz z uroczą naklejką idzie mniej uroczy koloński i męski zapach. Tym razem jednak nie jest tak i jestem z tego powodu bardzo zadowolona.




Etykieta Enchanted Moon jest dla mnie połączeniem  naklejek z zapachów Moonlight i Amber Moon. To taki trochę trzeci brat ;-) Tajemnicza, romantyczna, uwodzicielska. Tak bym krótko określiła tę naklejkę. Kojarzy mi się z urokiem letnich nocy, spacerów podczas pełni i widoku zachodzącego słońca nad morzem.  Cudo!
Zapach to także niemałe zaskoczenie. Kompozycja Enchanted nie ma nic wspólnego z męskimi nutami występującymi np. w Kilimanjaro Stars czy Midsummer Night. I chociaż Kilimanjaro bardzo lubię, to Midsummer już niekoniecznie. Bałam się, że tym razem też mój zachwyt skończy się na efekcie wizualnym. Na szczęście nic z tych rzeczy. Enchanted  jest zapachem bardzo złożonym, ciekawym i ciepłym. To jeden z tych przykładów, w którym nie potrafię jasno określić czym pachnie. Jeśli miałabym określić go jednym zdaniem, to napisałabym, że pachnie jak ciężkie, ale piękne damskie perfumy. Mnie trochę przypomina Whiskers on kittens i myślę, że wielbiciele tego zapachu nie będą rozczarowani. Księżyc jest tajemniczy, trochę słodki, trochę kwiatowy (czuć piwonię).  Całość  daje nam zapach elegancki i przede wszystkim całoroczny. Całoroczny, nie oznacza uniwersalny, bo ta kompozycja zapachowa nie jest na tyle klasyczna, by spodobała się każdemu. Nie kupiłabym jej na prezent komuś, kogo absolutnie nie znam, ale mogłabym podarować go z czystym sumieniem przyjaciółce, która lubi ciężkie perfumy, tak jak ja.



Moc jak dla mnie odpowiednia, fajnie wyczuwalny, ale nie ma nic z killera. Na szczęście mocniejszy od drugiej nowości jesinnej, którą już wkrótce zaprezentuję Wam na blogu. Rozpala się także bez żadnych większych problemów, fajnie wypełnia ciepłym zapachem cały niewielki salon. Dla mnie to połączenie jest super, piękny zapach, etykieta, która jest dla mnie chyba najładniejszą jaką widziałam wśród świec, no i moc taka w sam raz. Udał się Enchanted Moon firmie Yankee Candle.

Dziękuję Grupie Zachodniej za możliwość testowania świecy :-)

poniedziałek, 16 lipca 2018

Co tak pachnie? Yankee Candle Wildflower blooms

Letni, upalny dzień. Na łące rosną różnokolorowe kwiaty: stokrotki, maki, fiołki, rumianki. Niebo jest bezchmurne a gorące powietrze podsyca nektarowy aromat roślin. Wyobrażacie sobie taki widok? Wildflower blooms to dla mnie aromat letniej łąki zamknięty w słoiku.



Nie wiem dlaczego, ale jeszcze rok temu bałam się kwiatowych zapachów. W tym sezonie któregoś dnia "zachciało" mi się świec pachnących naturą, kwiatowych, owocowych, świeżych i lekkich w odbiorze. Tak to chyba już jest, że w ciepłe dni wybieramy woski i świeczki o bardziej subtelnych i naturalnych aromatach. Mój wybór padł m.in. na tę piękną limitkę Yankee Candle.



Wildflower blooms zachwycił mnie przede wszystkim swoim skromnym, ale jakże urokliwym designem. Pastelowy wosk i wdzięczna etykieta polnych kwiatków od razu do mnie przemówiły. Czułam, że się polubimy od samego początku.
Firma Yankee Candle w tym sezonie wypuściła na rynek wiele godnych uwagi zapachów, ale mogę Wam skromnie się przyznać, że to właśnie Wildflower stał się moim absolutnym numerem 1 wśród wiosenno-letnich świec z mojej kolekcji.
Czym on w takim razie pachnie? Tak jak napisałam we wstępie, na pewno kwiatami. Ale nie takimi z kwiaciarni, czy domowego ogródka, chociaż producent wspomina o piwonii wśród nut zapachowych. Jest to zapach letniej łąki. Sam w sobie jest dość niejednoznaczny, bo nie potrafię określić jaką rośliną pachnie konkretnie. Ale...całość jest niezwykle spójna i tworzy przepiękny i zgrany aromat.  Dlaczego zapach nie jest jednoznaczny? Ponieważ poza polnymi kwiatami wyraźnie wyczuwalne kremowe tło, które pojawia się za sprawą bursztynu i białego piżma. Dzięki temu zapach nie jest oczywisty i płaski.



Jestem zakochana! To mój faworyt ze względu na zapach, ale do rozpalania i mocy również nie mogę się przyczepić. Pali się bez oporu, ładnie robi się basen przy pomocy Illumy. Moc ma bardzo dobrą, już podczas pierwszego palenia Wildflower był mocno wyczuwalny w salonie i w korytarzu. Nie mogę mu nic zarzucić. A ponieważ jest to zapach limitowany, to poważnie zastanawiam się nad zakupem kolejnego słoja, bo na chwilę obecną bardzo ten mój egzemplarz oszczędzam.

Jeśli nie znacie tego zapachu, lub zastanawiacie się nad jego kupnem, to mam nadzieję, że moja opinia skłoni Was do tego, by chociaż gdzieś stacjonarnie go powąchać. Serdecznie polecam :-))))

Dziękuję Grupie Zachodniej za egzemplarz!


piątek, 1 czerwca 2018

Przemysław Borkowski "Niedobry pasterz"



Kolejny kryminał, na który zwróciłam uwagę od razu, jak tylko pojawiła się jego zapowiedź. Zaintrygował mnie tytuł, okładka, no i oczywiście opis. To było moje pierwsze spotkanie z piórem pana Borkowskiego, ale dziś, kiedy jestem po lekturze "Niedobrego pasterza", wiem, że nie ostatnie.

W lesie pod Olsztynem zostają znalezione zwłoki nastolatki. Ślady na jej ciele wskazują na morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Sprawa wydaje się bardzo prosta, ponieważ okoliczny pijak niemal od razu przyznaje się do winy. Mętlik w głowach policjantów pojawia się wtedy, gdy na komisariat przybywa proboszcz okolicznej parafii. Ksiądz  uparcie twierdzi, że to on jest winny i on zabił dziewczynę. Zaskoczeni śledczy proszą o pomoc psychologa Zygmunta Rozłuckiego, który zgadza się pomóc pod jednym warunkiem...jeśli pomoże mu w tym jego dawna sympatia,  dziennikarka Janczewska. Jaka okaże się prawda, czy duet Rozłucki & Janczewska to dobre połączenie w jej dociekaniu? Zapraszam Was do przeczytania.

Średnio 7/10 czytanych przeze mnie książek to właśnie kryminał lub thriller. Ciężko mnie w tej kategorii literackiej zaskoczyć, a sama nie ukrywam faktu, że poprzeczkę na miano dobrego dreszczowca, stawiam naprawdę wysoko. Już od pierwszych stron "Niedobrego pasterza" wiedziałam, że książkę przeczytam z przyjemnością. Lekki styl, ciężka zbrodnia, ciekawi bohaterowie, intryga, która rozkręcała się w miarę przewracanych kartek. Zapowiadało się naprawdę super. Chociaż nie przeczytałam tej książki jakoś bardzo szybko, to muszę przyznać, że wciągnęła mnie na całego. Borkowski nie pozwolił złapać oddechu, akcja ciągle goniła do przodu a ja z wypiekami na twarzy śledziłam dalsze losy Zygmunta Rozłuckiego. Był on bohaterem dalekim od ideału, przez co wydał mi się tym bardziej realistyczny. Mogę przyznać, że polubiłam go i mocno mu kibicowałam. Stał się dla mnie bohaterem z krwi i kości, takim prawdziwym, niewyidealizowanym. Dzięki temu bardziej wczułam się w czytaną historię i zatraciłam się w niej całkowicie.
Rozwiązanie zagadki morderstwa było oczywiście zaskoczeniem, bo nie podejrzewałam, że to właśnie tak rozegra autor. Miałam jakieś tam swoje przypuszczenia, ale okazały się mylne. Natomiast to, co autor zaserwował czytelnikom na końcu książki, sprawiło, że miałam ochotę cisnąć książką o ścianę. Tak się nie robi panie Borkowski!!! Nie wolno sprawiać, że nie mogłam zasnąć po ostatnich słowach w Pana książce! Byłam wściekła, no bo jak to? Tak zakończyć? Zostawić mnie teraz tak, gdy jak przez tyle stron tak bardzo kibicowałam Rozłuckiemu? To okrutne. Mam nadzieję, że planuje Pan ciąg dalszy :-)
Pokuszę się jeszcze o stwierdzenie, że od "Behawiorysty" Mroza, zakończenie żadnej książki nie wbiło mnie w fotel i nie wywołało tylu emocji. Przemysławowi Borkowskiemu się to udało.Brawo! To bardzo, bardzo dobry tytuł z gatunku kryminałów.
Polecam z czystym sumieniem :-)

Dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona za egzemplarz!